Relacje

(to tylko mała porcja relacji naszych gości - dużo więcej możesz przeczytać na naszej zamkniętej grupie na fb)


E-Betti

(Dieta z Ajo Sacha)

Moje spotkanie z Ayą.

I Ceremonia.

Łagodne delikatne wejście w krainę wzornictwa, motywy kwiatowe, figury geometryczne.
Przemieszczam się aleją. Widzę się w pudełku, jego pokrywa uchyla się na wysokość 10cm.
Moim oczom ukazuje się połowa twarzy, raz jedna raz druga, z pięknym okiem, śliczna oprawa oczu.
Widzę pięknego łagodnego tygrysa, rozleniwiony uchyla powiekę tylko jednego oka.
Po Ceremonii, już w pokoju na moim łóżku nadal odczuwam bliski kontakt z Ayą.
Zadaję pytania, uzyskuje odpowiedzi. Pytania i odpowiedzi dotyczą mych osobistych spraw.
Spokój, bezpieczeństwo, błogość. Moje wnętrze zostaje oczyszczone.

II Ceremonia

Pierwsze spożycie.
Łagodne wizje, muzyka, fruwanie, śliczne wzory, kolory. Oczyszczenie.
Drugie spożycie.
Bardzo mocne w przeżycia. Niesamowite oczyszczenie.
Kontakt z Ayą, prowadzi mnie, mówi co mam robić. Solennie wykonuję polecenia.
2 kwietnia 2014r. jest już trzecia duchową datą której nie zapomnę.
Łazienka, odlot, wyjście z ciała, odrodzenie. Widziałam siebie z góry w łazience.
Po powrocie do ciała popatrzyłam sobie w oczy w lusterku, niesamowite doświadczenie.
Ogromna radość z powrotu do ciała. Ogarnęłam się i wróciłam na salę do grupy, gdzie nadal trwała Ceremonia.
Oto link do filmu 4.36 min, z którym w pełni się utożsamiam:

III Ceremonia.

Łagodność, relaksacja, regeneracja. Wizje, przemieszczanie, przyroda, ptaki, śpiew. Cuda natury.
Nie miałam odczucia czasu, kilka godzin minęło jak chwila.

Cały tydzień był bardzo bogaty w przeżycia Duchowe i regeneracyjne dla organizmu.
Pełne oczyszczenie i pałer do życia. Czuję dalsze prowadzenie przez Ayę.
Dziękuję Gospodarzom, grupie, oraz Tobie Maćku. Stałam się silną osobowością, przekroczyłam lęk w sobie.

Piękne Dzięki.


Robert

Położyłem się czując się przytłoczony (...) i starałem się nie poruszać, by nie dopuścić do rewolucji w moich pracujących na pełnych obrotach jeliach. Poczułem chłód i resztkami sił schowałem się pod koc. Zaczynałem odczuwać, że podłączam się do innych wymiarów. W głowie intensywne spirale w wyrazistych matowych kolorach, z których wyrastało tuziny głów tajemniczych, mitycznych, zwierzęco-ludzkich postaci, zaczynały rozkręcać swój ekstatyczny taniec. Powoli ucisk w żołądku zaczynał się zmniejszać a moje ciało unoszone energią przestawało odczuwać prawo grawitacji. Z wymiaru wizji tańczących pod powiekami zaczynałem przemieszczać się w wymiar, który czułem całym sobą, kimkolwiek byłem. Wkraczałem ze spokojem i zaufaniem w barwną, kosmiczną transwizję. Gdybym miał sobie wyobrazić wielowymiarowe kino 5 czy 10D za kilka stuleci, w którym widz bierze czynny udział, a jednocześnie metafizyczny szpital w którym podłącza się pacjenta zdalną aparaturą do respiratora innej rzeczywistości, tak by to być może wyglądało. Muzyka wpływała na rodzaj i intensywność wizji i emocji. Każdy kolejny utwór zaczynał nowy spektakl, niczym nowy rozdział życia, albo nowe wcielenie. Czułem, że dźwięki stanowią jedność z muzykami, muzyka jest moim nawigatorem, a ja jestem żeglarzem, który płynie łodzią w głębokim, tajemniczym spokoju poprzez ocean Wieczności. I trwało to wieczność. Jedna sekunda ziemskiego czasu została rozciągnięta do rozmiaru tysięcy myśli. Oszołomiony głębią i realnością widzianego świata, w głowie raz za razem niczym mantra przewijały się słowa: “to nie są żarty, to nie są żarty”…

Zacząłem kontemplować nad miłością, otaczać mentalnie ciepłem swoich najbliższych. Zobaczyłem jak często bywałem wcześniej emocjonalnym trupem. Moje ego całkowicie się rozpłynęło. Rozmyślałem o wielu bardzo osobistych sprawach. Moje powieki przykryła zasłona łez, a przez zasłonę spoglądało tysiące oczu. Ekstaza i nostalgia w jednym uścisku. Jednak wiedziałem, że nie przyjechałem tutaj tylko po to by unosić się w błogostanie na falach innych wymiarów. Chciałem też zajrzeć swoim demonom prosto w oczy, a przez większość czasu było słodko aż do zrzygania. A na rzyganie oczywiście też przyszła kolej. Choć starałem się je odkładać ile tylko się uda, bo czułem się trochę zażenowany myślą o tym. Dało mi to do zrozumienia jak kontrola moich emocji i potrzeb mnie blokuje. Na sali już kilka osób miało za sobą chrzciny swojego kubełka do wymiotów. Wzbudzało to niekiedy poczucie śmiechu. Ale był to śmiech współczucia i radości, że inni się oczyszczają ze swoich mentalnych i fizycznych złogów. Wokół jęki, szlochanie i szmery wijących się niczym węże ciał zaczynały coraz bardziej dawać o sobie znać. U mnie było jednak zbyt lajtowo jak na oczekiwania, więc postanowiłem przystąpić do opróżnienia drugiej czary.

Usiadłem niczym jogin na chwilę przed oświeceniem, z prostym jak strzała kręgosłupem i wyłączonym umysłem. Poczułem jak w moje ciało od dołu kręgosłupa zaczyna napływać potężny strumień energii, który próbuje wyjść przez głowę, rozciągając niepokojąco skórę na mojej głowie. Nade mną pojawiły się wiązki figlarnie lecących świateł niczym plemniki albo wibrujące komety, i zacząłem podążać za nimi. Chwilę po tym zaczął grać kawałek MAOK “Cichutko lecimy do światła”. Czy to przypadek? Opadłem z sił i położyłem się. Przestałem istnieć. Czułem totalny rozpad ego i ciała. Przed oczyma ujrzałem swoje ciało rozpadające się na drobne kwadraciki niczym w komputerowej grafice. Byłem przerażony, że mnie nie ma. Byłem przerażony, że jestem czymś skonwertowanym do świadomości uwięzionej w czymś, co leży u podstaw struktury całego Istnienia. Nie wiem czym to było, może czymś na wzór platońskiej diady, może DNA. Zacząłem walczyć wszystkimi siłami o powrót. W końcu jakoś się udało. Stwierdziłem (...) że nie jestem na więcej w tej chwili gotowy. Przeżyłem już taki szok, że nie wyobrażałem sobie kolejnego dnia z tak wstrząsającym przeżyciem. Wyciągnąłem z tego wnioski na przyszłość, że muszę wejść konsekwentnie na którąś ścieżkę duchową i znaleźć odpowiedź, co zrobić z tym stanem w który wkroczyłem, by go zrozumieć i przekroczyć swoje ograniczenia.

Jeszcze jakiś czas wracałem do “siebie” i byłem przerażony wobec zagadki istnienia, a zarazem pełen pokory i miłości wobec tej Nieznanej Siły. Nie mogłem spać, w głowie piętrzyło się tysiące pytań, ale odpowiedź nasuwała się tylko jedna – Miłość. Gdy pytałem w duchu o co w tym wszystkim chodzi, przychodziły na myśl słowa z filmu The Fountain: “Wiesz, będziesz wiedział.”

Do wieczora kolejnego dnia jednak moje obawy odeszły i poczułem ochotę pójścia na całość. W końcu po to tutaj przyjechałem, a życie bez rozpalania w sobie odwagi nie ma dla mnie większego znaczenia.

(...) Początek był podobny do wczorajszego. Kolorowe wizje rozwijające się niczym rośliny z ziarna i rozkwitające pięknymi kwiatami, z których wyrastały tajemnicze, mistyczne twarze. Płynąłem na falach kierowanych przez muzykę. Dźwięki bębna i mis tybetańskich masowały najgłębsze zakamarki mojego ciała. Muzyka odbijała się od ścian i wypełniała wszystko. Dzwoneczki nad głową rozświetlały anielskie wizje i łaskotały moje komórki. Wchodziłem coraz głębiej i głębiej… W końcu poczułem, że jestem TAM… Jeśli wcześniej myślałem, że byłem daleko, to nie wiedziałem co myślę i mówię. To nie była tylko mentalna wizja. Byłem tam całą swoją świadomością. Wiedziałem, że objawił mi się Duch (...) i dopiero teraz zrozumiałem czym ONA jest. Miała postać kobiecą, smukłą, mieniącą się świetlistymi kolorami i posiadającą długie, zwinięte skrzydła. Przypominała trochę wielkiego owada. Ale nie widziałem, albo pamiętam jej twarzy. Dopiero wtedy zrozumiałem fenomen rosliny i gdzieś na głębszym poziomie zrozumiałem po co w ten stan udają się wszyscy ayahuonauci. Cieszyłem się jak dziecko i moje serce pękało z zachwytu. Pierwszy dzień był zaledwie przygotowaniem terenu pod to doświadczenie, a mocne tripy na grzybach były zaledwie przebłyskami tej świadomości. Byłem pewien, że jestem w Prawdziwej Rzeczywistości, bardziej namacalnej niż życie cielesne, które jawiło się zaledwie jak krótki sen. Zrozumiałem, a raczej poczułem czym jest buddyjska pustka (a raczej pełnia) i czym jest maya. Upajałem się tym, dziękowałem Ayi za pokazanie mi tego Prawdziwego Stanu Istnienia. Leżałem gdzieś unosząc się a Aya wykonywała na mnie coś w rodzaju zabiegów. Byłem pełen zaufania, spokoju, pokory i miłości. Bycie “tam” było tańcem, w którym brało udział wiele duchowych bytów wzajemnie ze sobą połączonych. Ponownie łączyłem się mentalnie ze swoimi bliskimi by przekazać im tę moc i miłość. Zrozumiałem wtedy, że związek damsko-męski musi polegać na wspólnym rozwoju i dążeniu do Światła. I taki związek chcę celebrować. W innym wypadku nie miałby to sensu. Byłoby tylko lgnięciem do siebie z samotności, w celu pielęgnowania swoich słabości.

Nie czułem już kompletnie czasu, była wieczność, totalne tu i teraz. Potem zobaczyłem spiralę, która była moimi wszystkimi żywotami. Czułem jak się ciągnie za nią brud i ciemność. Poczułem ją w sobie. Był to byt który jest konsekwencją moich wszystkich wcieleń; który ciągnę za sobą dalej; który jest odpowiedzialny za moje aktualne życie, za moje ograniczenia, za moje słabości, za nawyki, za brak poczucia spełnienia itd. Zaczynałem próbować go z siebie wyrzucić niczym złego ducha, i w pewnym sensie tak go postrzegałem. Jego metafizyczny charakter zamieniał się coraz bardziej w fizyczny. Objawiał się różnymi fizycznymi blokadami w ciele. Robiłem wszystko by go wypuścić z wymiocinami, ale nie mogłem. Poprosiłem w tym celu o drugie, ale małe doładowanie. Usiadłem do picia ze spływająca łzą po ustach, śmiejąc się z tego w sobie i nie czując zażenowania. Jednak dalej ciężko było to z siebie wydusić. Ale potrzeba matką wynalazku, więc odkryłem, że gdy dotykam różnych części brzucha, to zaczynam go powoli uwalniać. Odkryłem pewien punkt w żołądku, odpowiedzialny za mój lęk, po którego lekkim ucisku czułem jak ten intruz zaczyna wychodzić gdzieś przez komórki mojej głowy. Coraz intensywniej zacząłem czuć go w gardle. Tu analogicznie zacząłem lekko uciskać pewne punkty, czując jak duchowo łapię dziada za szyję i próbuję wyrzucać z siebie. Płukałem gardło i piłem litrami wodę by go utopić i wypompować. Gdy mi się odbijało, czułem jak uwalnia się przez gardło, wychodząc z dziwnym, długim i głębokim sapnięciem, jakby wydechem śmierci. Pierwszy raz w życiu słyszałem w sobie taki odgłos. Jednak nie czułem strachu, tylko satysfakcję, że go sobie uświadomiłem i zlokalizowałem. Zrozumiałem czemu prawie zawsze mówienie sprawia mi taki wysiłek i czuję ucisk w gardle, czemu czuję lęk ukryty w brzuchu, czemu coś ściska tętnice w mojej głowie.

Zacząłem również wykonywać jakiś subtelny masaż swoich górnych kręgów i głowy. Czułem jak ściągam ten energetyczny złóg z siebie. Zbyt siebie kontrolowałem i nie chciałem z siebie robić “wariata”, ale czułem potrzebę dzikiego tańca w rytm transowej muzyki. Zrozumiałem tym samym wagę szamańskich obrzędów. Poszedłem więc do łazienki poddać się małej ekspresji ciała, wziąłem prysznic, próbowałem wymusić wymioty dużą ilością wody z kranu, co się częściowo udało.

Nie udało się to jednak w pełni, ale już wtedy byłem zadowolony z efektu jaki udało się osiągnąć i przygotowałem się mentalnie na następny seans. Zasypiałem w strugach łez z pokory i miłości do tej Wielkiej Tajemnicy. Gdy się obudziłem po około 4 godz. snu czułem się rześki i oczyszczony. Jeszcze trochę masowałem sobie górne kręgi, bo odczuwałem mały ból. Ale rozmowa z ludźmi jakby spowodowała przepływ energii i ból minął, a ja wracałem do domu jak nowy człowiek, czując swobodną energię w swoim ciele, mówiąc i myśląc z większą lekkością niż wcześniej. Przez kilka dni po powrocie, chodząc czułem naturalnie wyprostowany kręgosłup i lekkośc jakbym sie unosił nad ziemią. Wszystkie moje intencje zostały spełnione, i ukazały się jedynie czubkiem góry lodowej jądra, o którym nie miałem zielonego pojęcia, a który jest odpowiedzialny za całe moje życie.

Szukając swojej drogi raczej na planie społecznym (twórczym, zawodowym itp), zrozumiałem że fundamentalnym celem życia jest oczyszczeniem umysłu i ciała ze złogów karmy (czyli jakby to rzekł Buddha – wyzwoleniem od cierpienia), a największą wartością szeroko pojęta Miłość i życie w zgodzie ze swoimi najgłębszymi potrzebami. A wszystko inne dążenia i cele życia są wtórne – mają sens i dają szczęście jedynie wtedy jeśli oparte są na tym fundamencie.

Przed tym doświadczeniem, pewnych zjawisk takich jak karma, zbawienna siła wybaczania i współczucia, wymiar pozbawiony ego tudzież pustka itp. mogłem się tylko domyślać. Ale teraz wiem, że można je zrozumieć jedynie na poziomie doświadczenia – tego też również uczył Buddha. Dlatego sądzę, że Ayahuasca, pod okiem prawdziwego curandero (przewodnika ceremonii), może być pomocnym “narzędziem” wglądu dla praktykujących jakąkolwiek ścieżkę wyzwolenia.

Ayahuaska to Nauczyciel(ka), ale również Uzdrowiciel(ka). Oczyszcza ciało z toksyn i blokad, a umysł z fałszu i iluzji. Formatuje karmę z blizn, negatywnych wzorców i fałszywych programów. Jednak należy pamiętać, że użyty przez osobę o skrzywionej moralności i złych intencjach (np. dla ćpuńskiej rozrywki), może się skończyć bolesną konfrontacją z własnym wnętrzem, a nawet trwałym szaleństwem.


Mariusz

Warsztat rozpoczął się od wprowadzenia nas w przebieg rytuału (...) nacieramy się Aqua. Następnie każdy z nas otrzymał rapee, biorę ją i doznaję rozświetlenia umysłu, zrobiło się jaśniej w głowie i cieplej, mrowienie w całym ciele rozpala mnie. Czekamy kilkanaście minut nucąc mantry (...) Czas jest wypełniony wspaniałą muzyką, śpiewem prowadzących, gdy nasycając atmosferę wibracjami mieszającymi się z aromatem kadzideł i ziół przygotowują nas na nadchodzące katharsis. Dookoła mnie co rusz ktoś zaczyna wymioty, do mnie jednak nie chcą przyjść, lecz czekam ufnie na rozwój wydarzeń wiedząc, że również i mnie one nie miną. Torsje zaczęły się od skurczu, lecz miałem pod ręką kubełek i wszystko co zalegało w żołądku oddałem z powrotem, nie obyło się bez wizyty w ubikacji.

Potem siedząc z bólem brzucha, czekam aż mi zelży, bym mógł się położyć, co też inni już zaczęli robić. W pewnym momencie podchodzi do nas Ola z dzwonkami, dźwięk ich jest kojący, przynosi ulgę, odbieram to jak balsam dla duszy. Przez pewien czas nic się nie dzieje, leżę słuchając muzyki i tego czego doświadczają inni. Tempo mantr i śpiewów narasta by za chwilę osłabnąć, potem znów wznosi się. Zaczynamy przechodzić swoje procesy, każdy na swój sposób. Nasila to wibracje w pomieszczeniu i w tym momencie pokazała mi się niepewnie Istota.

Najpierw zobaczyłem pod powiekami jakby twarze lub maski, srogie, brzydkie, nijakie, przewijają się niczym przyglądający mi się bogowie, orszak grymasów i złowieszczych facjat, zaciekawionych, co też ja tu wyczyniam. Mijają chwile i zaczynają się wizje. Różnobarwne kształty przechodzące w jakieś struktury, mieszają się i transformują, przybierają zdumiewające formy przechodząc w inne treści. Zrazu liść był po chwili wstęgą blachy by za moment być belą materiału rozwijająca się jak płótno. Linia prosta wędruje przed siebie, rozwidla się, zapętla, kropki światła migają w czerni tworząc wzory. Wielość form i struktur przenikająca się i zmieniająca jest wprost przepiękna, by nie powiedzieć oszałamiająca, tempo szybkie, nim zdążę się czemuś przyjrzeć już tego nie ma bo pojawia się nowe.

Dostrzegam w tym pewną świadomość czy też byt. Uświadomiłem sobie, że ta Istota ma naturę kobiecą, jest młoda i jakaś zwiewna, chowając się, droczy się ze mną, nie chcąc bym ją ujrzał w pełnej krasie, gdy chcę ja określić, wymiguje się, znika ale zaraz pojawia się inaczej. Gdy chcę ją nazwać zmienia się w płynnym tańcu w struktury geometryczne, przybiera nowe kostiumy lub pokazuje mi się jakby poprzez różne postaci, jest zawsze inna.

To mnie rozbawia, uśmiecham się na jej kunszt, znów wpadam w kolejny zachwyt, nagle roześmiałem się intensywnie, niepohamowana energia gdzieś z głębi brzucha wynurza się czym mnie zaskakuje. Spontaniczny, pierwotny i naturalny śmiech dopada mnie i nie mogę się powstrzymać ani zapanować nad nim, jeszcze się bronię, im więcej mi pokazuje tym więcej i mocniej się śmieję, już nic nie kontroluję. Odkrywam ją na nowo w niezliczonych emanacjach i przejawach. W końcu zdaję sobie sprawę, że ten śmiech to Jej sposób na potwierdzenie, że ją rozpoznaję, za każdym razem gdy to się staje rozśmiesza mnie do łez. Zachowujemy się jak dzieci, spontanicznie i serdecznie. Teraz przychodzi refleksja w której uświadamiam sobie, że Ona jest zawsze przy mnie, wspiera mnie, chroni i opiekuje się mną, jest moją przyjaciółką i towarzyszka zabaw, jest czuła i troskliwa, kocha mnie i akceptuje bezwarunkowo. Rozczula mnie to jeszcze bardziej, płaczę w totalnym doświadczeniu miłości.

Drugiego dnia budzę się energetycznie naładowany, wprost promieniuję witalnością. Spaliśmy tylko kilka godzin a dzień wcześniej jechałem ponad 7 godzin samochodem, jednak nie czuję zmęczenia. Po śniadaniu idziemy małą grupą na wycieczkę do punktu widokowego, lecz po powrocie nie czuję żadnego wysiłku. Po obiedzie rozmawiamy (...) parę osób położyło się przespać przed nadchodzącą długą nocą.

(...) Zaczyna mi falować otoczenie, czuję jakbym był po wypiciu alkoholu ale nie tak do końca, odczucie jest bardziej przejrzyste. Drzwi zaczęły się rozmywać, otoczenie robi się w pewnym stopniu płynne, nagle następuje parcie na jelita i muszę iść do ubikacji. Wracam i siadam, opierając się o ścianę czekam na wymioty, które jakoś nie chcą nadejść. Znów, po mojej lewej i prawej słyszę jak inni zmagają się ze swymi kubełkami, a u mnie nic. I nagle zaczyna się wewnętrzna jazda, fala energii wędruje gdzieś tak od pępka do czubka głowy, potem schodzi na dół i ponownie do góry i na dół, jest to gruby promień biało-złotego światła, zdaję sobie sprawę, że mogę nim poruszać i staram się to zrobić, jakby częściowo udaje mi się, lecz nagle kończy się, pojawiającym się bólem podbrzusza. Zbliżają się torsje, kubełek w pogotowiu, tym razem jest mocniej, rzygi idą z samego dna trzewi, i jeszcze głębiej, choć już nie ma nic, skurcz aż mnie skręca.

Zmęczony odkładam kubełek i czekam aż miną bóle podbrzusza. Gdy robi się lżej na żołądku kładę się na boku i przykrywam śpiworem. Wszystko mi w głowie kołuje i leżę chcąc zasnąć. Czuję, jak się coś w środku mego ciała rozciąga, rozpycha w okolicy żeber, potem podnosi mi rękę ale nie tą fizyczną, to samo z nogą, rusza się chyba sama, nie wiem co to jest, może coś się we mnie ponownie układa? Nagle pojawia się Obecność, w jakimś dziwnym odczuciu, wydaje mi się, że ktoś rusza deską pod moim materacem i ta klapka podnosi mi nogę do góry, ale wiem, że to jest nierealne. Otwieram jedno oko i spoglądam na Agnieszkę, patrzy na mnie? Czy jej twarz się zmienia? Znużony zamykam oko. Znów to samo, puk-puk, otwieram oczy – myślę – co znowu, czego tam? Ale zaraz zamykam. Coś we mnie łomocze lecz nie umiem tego zdefiniować, słyszę szept do ucha, jestem znużony i chcę spać, a tu znów bum-bum, odbieram nachalny łomot pod czaszką. Ona próbuje mnie obudzić, chce się skomunikować, lecz jestem pogrążony w bólu który zaczyna lekko ustępować. Dookoła mnie coś się dzieje, Marcin znów przechodzi swoje ciężkie chwile, nawet nie wiem kto mu pomaga, chyba Kuba i Badi ale nie jestem zainteresowany przyglądaniem się, leżę, czuję się lepiej. Potem rozbudzam się i siadam, rozglądam się wokół, klimat wymiata, muzyka-półmrok-świece tworzą kojącą atmosferę. Niedługo znów kładę się i okrywam śpiworem.

Ona czeka na ten moment, jestem rozbudzony i możemy zaczynać. Pojawia się jako istota ze świata baśni, jak elf, smukła i jakaś nieodgadniona, nie widzę Jej dokładnie, zaprasza mnie do swojego świata, chce mi pokazać swe tajemnice i wtedy się uśmiecham, rozpoznaję ten stan, znów rozbawia mnie swym doskonałym poczuciem humoru, łaskocze mnie od wewnątrz i cały dygoczę w napadach śmiechu. Pokazuje mi swój domek, gdy go nazywam, łechce mnie a łzy płyną mi do oczu. Pokazuje mi swoje zabawki i znów śmiech, odkrywa przede mną swe lalki-szmacianki a gdy je rozpoznaje częstuje mnie śmiechem po raz kolejny. Jakby chciała powiedzieć – spójrz na mój świat, to jest także twój świat. Roztacza swe krajobrazy malowane pastelami, jest malarzem natury w jej niezliczonych kształtach i odcieniach, światłach i półtonach. Zadziwia mnie swymi skarbami i tajemnicami. Myślę – a może Ty mi opowiadasz bajki do ucha gdy śpię? W odpowiedzi, na potwierdzenie rozśmiesza mnie. Nagle rozpoznaję ją w pozie postaci Chaplina, kolejno przywołuje inne pozy bym zadziwił się jeszcze bardziej, jestem oniemiały, chciałbym coś pomyśleć a Ona znów się zmienia. Czuję do niej niewysłowione uczucie ciepła i miłości, zalewa mnie fala zachwytu nad jej pięknem, jest czarująca i powabna, skromna i niewinna, słodka żartownisia. Następuje totalne pojednanie się z samym sobą i tym kim jestem. Łzy napływają ponownie i pojawia się zrozumienie w jakim układzie tkwię i z kim dzielę życie. Wiem już, że nie mogę tak żyć w obecnym związku, że wolę być sam niż spalać się w nierozwiązywalnych konfliktach, prawda ukazuje mi się nagle w symbolu kotwicy.

Wdzięczność za ukazanie mi tego kim jestem i gdzie się znajduje jest przejmująca, biorę jeszcze na dokładkę rapee i wprawia mnie to w stan łagodnego kołysania w rytm muzyki, faluję, potem spełniony przysypiam, na koniec następuje zamknięcie ceremonii, uściski i kładziemy się na posłaniach.

Otrzymałem (...) więcej niż się spodziewałem, po powrocie do domu zauważyłem, że barwy są jakby mocniejsze, odcienie żywsze, wszystko lśni w słońcu jaskrawiej, szczegóły są wyraźniejsze, coś jak zdjęcie mgły z przed oczu, idąc ulicami zauważam, że zmieniło się coś w ciele, jest bardziej osadzone, zintegrowane, podoba mi się ten stan, czuje lekkość kroku i szybkość ruchu ciała. Jestem teraz wewnętrznie mocniejszy, nabieram większej pewności siebie, czuję power, towarzyszy temu radość spełnienia. Widzę jasno swe cele i jest w tym pełnia, prawda i wolność.

Serdeczne podziękowania dla prowadzących (...) opieka, mantry, gra na gitarze i bębnach a szczególnie klimat jakim nas uraczyli, zapadły mi na długo w pamięci, atmosfera tego wydarzenia jest niezapomniana, pomimo wielu trudnych reakcji ciała mam wielką i nieprzepartą ochotę pojechać tam znowu co z pewnością uczynię. Mega podziękowania należą się dla Mamy Oli, jej ciepło i wielkie serce rozbraja każdego. Pozdrawiam Was drodzy przyjaciele.


Dawid

Teraz kiedy udało mi się poukładać większość myśli czas podzielić się przeżyciami z innymi.
Pierwszy dzień nawet w najmniejszym stopniu nie zapowiadał tego co ma się dokonać pośród tych zasypanych śniegiem gór. Już na samym początku dane nam było poczuć ich niepowtarzalny klimat podczas dłuższego spaceru na miejsce, czułem że to tak naprawdę pierwszy etap oczyszczania. Czas do wieczora zleciał szybko, nawet głodówka przestała być uciążliwa. W końcu nadeszła wyczekiwana ceremonia, atmosfera była cudowna, wspaniały przytulny pokój, kadzidełka, muzyka i ten radosny ogień w kominku sprawiały że czuło się magię w powietrzu. Aya nie kazała mi długo czekać, chwilę po wypiciu zabrała mnie w niesamowitą podróż. Z tysięcy obrazów najbardziej pamiętam piękną boginię, która napełniła moje serce czystą, zieloną energią a także spacer po promieniu słońca i głos który mówił że nie można być dobrym jeśli nie doświadczy się zła. Potem był już tylko potężny strumień myśli i odczuć odbieranych wszystkimi zmysłami jednocześnie.
Drugi dzień zaczął się niepozornie, zleciał leniwie na rozmowie i wygrzewaniu się przy kominku (jak dla mnie to 8 cud świata), nawet początek nie wyróżniał się szczególnie. W pewnym momencie jednak poczułem jak budzi się moje serce, odczułem cały żal jaki tam nosiłem i głęboko tym poruszony przeprosiłem i pogodziłem się z własnym sercem. (...) znów zadziałała błyskawicznie ale tym razem bezlitośnie. Zostałem ciśnięty na samo dno otchłani która rosła we mnie od prawie 20 lat. Przygniótł mnie strach, lęk, ból i wstyd, straciłem kontakt z rzeczywistością, przestał istnieć czas i przestrzeń, świadomość rozpłynęła się w oceanie którym targał potężny sztorm, nie było granic pomiędzy życiem i śmiercią, a wszystkie idee i wartości które tworzyły mój świat zostały rozniesione w pył. Nie mam pojęcia ile to mogło trwać ale z całą pewnością można nazwać to piekłem, czymś setki razy gorszym niż ból fizyczny. To wszystko skończyło się nagle, świadomość wróciła, odzyskałem czystość umysłu i kontrolę nad ciałem ale coś było inaczej, czułem jak przeze mnie i przez cały ten pokój przepływają strumienie energii, czułem wibrującą melodię wszystkich sfer, wszystko miało swoja przyczynę i skutek. Zrozumiałem że moje dotychczasowe życie było zaledwie snem, nadszedł czas aby na nowo nadać znaczenie ideałom, myślom i słowom. To cudowne uczucie wypełnia mnie do dzisiaj i mam nadzieje że będzie ze mną już zawsze.
Trzeciego dnia spodziewałem się podsumowania, czegoś co połączy dotychczasowe przeżycia. Jak się okazało byłem w błędzie, nie było to coś wielkiego, po prostu dalszy ciąg odkrywania samego siebie i nadawania nowego znaczenia składnikom życia. Nie skończyło się to jednak wraz z działaniem Ayi, czuje że to wciąż trwa, zmiany się dokonały ale to dopiero początek, wiem że przede mną jeszcze wiele takich duchowych podróży. To tak jakby obudziło się we mnie pewne powołanie do niesienia tego cudu innym i choć moje prawdziwe życie dopiero się zaczyna jestem pewien że Ayahuasca poprowadzi mnie drogą miłości i oświecenia.
Na koniec jeszcze raz pozdrawiam wszystkich z którymi miałem szczęście się tam spotkać, każdy z was wniósł bardzo wiele w mój rozwój. Dziękuje :)


Darek

Jadąc na warsztaty starałem się nie mieć oczekiwań, choć jednocześnie, czytając relacje innych, gdzieś tam w głębi na dnie, na pewno oczekiwałem czegoś spektakularnie wizyjnego, co pozwoli mi rozwiązać pewien problem i ruszyć dalej…

Droga przez pół kraju była dość długa, choć starałem się, aby była wewnętrznie spokojna. Na dworcu pierwszą osobą jaką spotkałem był prowadzący warsztaty Kris. Po chwili dołączył do nas Daro, który był pierwszym poznanym uczestnikiem. Taki mały paradoks, bo w samochodzie była z Krisem Anka, którą koniec końców poznałem jako drugą. Na miejscu po pokonaniu górskiej dróżki poznałem Badiego, Jitkę i całę resztę. Wspomniałem o tych akurat dwóch uczestnikach tj. o Darku i Jitce ponieważ nie tylko poznałem ich jako jednych z pierwszych, ale też z powodu, iż emanowały swego rodzaju pozytywną energią, którą czasem wyczuwam u innych. Nie angażowałem ich szczególnie w rozmowę, a raczej obserwowałem i starałem się wyciszyć przed wieczornym doświadczeniem.

Nadszedł wieczór i czas na pierwszy warsztat. Ogień w kominku, kadzidełka i spokojna muzyka dały urokliwy, przytulny klimat, który dał mi poczuć się troszkę bardziej rozluźnionym. (...) przełknąłem dość łatwo. Dał mi on dosyć intrygujące wrażenia wizualne. Patrząc na Badiego, którego twarz tonęła w mroku z racji padającego od tyłu światła z kominka, nagle zacząłem dostrzegać kontury jego twarzy, które emanowały jakby fluorescencyjnym fioletowym światłem. Patrząc na Krisa nie dostrzegałem nic takiego (...) Podczas nagłej zmiany wzroku, kątem oka dostrzegałem fioletowe fluorescencyjne linie, które nie były jednak żadnym powidokiem. (...) Wizje, jeśli w ogóle można by je tak nazwać, były niewiele żywsze niż normalne wyobrażenia, które występują przy zamkniętych oczach. To co odróżniało owe żywe wyobrażenia to ich plastyczność i łatwość ich tworzenia. Były one dosyć chaotyczne, ale czułem, iż to ciągle ja tym wszystkim steruję. Fizycznie czułem w klatce piersiowej potworną ciężkość, jakby było tam coś strasznie ciężkiego, ciemnego i duszącego zarazem. Wielokrotne wymioty, których doświadczyłem, były na tyle ciężkie i osłabiające dla mnie, iż gdy w końcu się skończyły nie miałem ani siły ani ochoty na drugą porcje. Wycieńczony położyłem się i w końcu zasnąłem...

(...) Znów odczuwałem ciężkość w tym samym miejscu, na wysokości serca w klatce piersiowej oraz narastające nudności. Męczyłem się i, gdybym tylko potrafił, to najchętniej wyrwałbym to coś z siebie i wyrzucił najdalej jak tylko potrafię. Nagle zaczął mnie ogarniać chłód… Przenikliwy i nie dający uciec nigdzie… Moje ciało drżało z zimna, a serce waliło jak młot. Próbowałem kontrolować oddech, który stał się bardzo szybki i płytki… Dreszcze przenikały mnie na wskroś do tego stopnia iż zastawiałem się, czy moje serce to wytrzyma… W końcu gdy przykryto mnie dodatkowymi kocami dreszcze stopniowo ustały. Jednak uczucie ciężkości pozostało i nadal się męczyłem. Wtedy zjawił się Kris i zaproponował mi pomoc, jeśli tylko tego zechce. Oczywiście zgodziłem się. Nie widziałem tego, co właściwie robi, ale zaufałem mu i po chwili coś nieuchwytnego się we mnie zmieniło. Stałem się dziwnie niespokojny i za namową prowadzących ceremonię usiadłem w fotelu. Poczułem, iż to co właśnie teraz czuję w klatce jest czymś mi obcym, nie będącym ze mną w żadnej harmonii. Nagle spontanicznie zadałem pytanie w kierunku tego czegoś:

- Jak długo jesteś ze mną...?
- Miliony lat i wcieleń, tak długo, iż już sam tego nie pamiętasz - usłyszałem nieoczekiwaną odpowiedź.
- Opuścisz mnie? - zapytałem lekko zdziwiony tym przedziwnym dialogiem.
- Tak - odparł głos.
- Teraz? - zapytałem.
- Tak - odparł głos ponownie.
- I nie powrócisz? - zapytałem podejrzliwie, bo zdawało mi się to aż nazbyt proste.
- Nie powrócę, ale sporo razem przeszliśmy... nie będziesz więc czasem za mną... tęsknił -kontynuował grając na moich emocjach.
- Nie - odparłem zdecydowanie.
- Na pewno tego chcesz? - zapytał jakby od niechcenia, choć z nutką przebiegłego lisa w głosie.
- Tak - powtórzyłem.
- Odejdziesz więc teraz? - zapytałem lakonicznie.
- Tak - odparł obojętnym tonem.
- Okłamujesz mnie może teraz...? - zapytałem spontanicznie.
- Tak - odparł równie obojętnie jak wcześniej.
- A może mówisz prawdę? - zapytałem zmieszany.
- Tak - powtórzył ponownie, obojętnie jak automat.
Poczułem wówczas coś na kształt bezsilności. Byłem w swego rodzaju impasie, choć na swój czarno-humorzasty sposób było to ironicznie zabawne, choć jednocześnie wcale, a wcale nie było mi do śmiechu. Nie wiedziałem teraz czy to jakiś rodzaj gry, ani jak ją rozegrać by wygrać. Czułem iż TO jest bardzo sprytne, nie podda się łatwo i jeśli trzeba da mi takie odpowiedzi jakie chce usłyszeć, samemu nie ruszając się ani o krok.
- Czym jesteś...? - zapytałem nagle, czując iż jest to kluczowe pytanie.
- Tobą - odparł głos.

- Jak to? Nie wydaje mi się, czuje, że jesteś czymś oddzielnym ode mnie… - odparłem.- Sam mnie stworzyłeś, więc jestem tobą… - odparł tonem wyrażającym przewagę swego argumentu nad moim.
- Dlaczego miałbym sobie robić coś takiego??! - spytałem już nie tak pewnym głosem, czując rażącą siłę tego argumentu oraz rosnące gdzieś we mnie uczucie niepokoju...
- Abym Cie chronił - odparł lakonicznie.
- Przed czym??? - zapytałem, choć obawiałem się nadchodzącej odpowiedzi.
- Przed światem, który tak wiele razy zranił twoje serce - usłyszałem druzgocząca odpowiedź.
- Ochraniasz moje serce...??! - zapytałem, choć było to bardziej stwierdzenie aniżeli pytanie, ponieważ czułem, iż jest prawdziwe. Czułem coraz bardziej jakbym odsłaniał coś tak przerażającego, iż trudno to w ogóle opisać.
- Tak - odparł chłodno.
- Jak?? - zapytałem czując odpowiedź, która zbliżała się do mnie niczym pędzący pocisk.
- Jestem niczym pancerz… - odparł z nutą dumy w głosie.
W tym momencie poczułem jakbym to ja sam był pociskiem, który właśnie uderzył we mnie samego. Zalała mnie przeogromna fala smutku i żalu poprzedzona falą uderzeniową, która była czymś więcej niż tylko zdziwieniem. Była niczym uderzenie pioruna. Nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie usłyszałem, a jednocześnie czułem, iż jest to prawda. To ostatnie zdanie. Sam sobie zgotowałem to, z czym się teraz zmagałem. Nie ważne czy zaprosiłem TO do siebie, czy TO stworzyłem, czy też TO przyszło do mnie samo. Ważne było, czym TO jest teraz dla mnie, a było niczym innym jak właśnie pancerzem na sercu. Czułem, iż przez TO tyle miłości i dobra nie dotarło do mnie…
Łzy płynęły z mych oczu niczym rzeka... Nagle, dryfując w tym całym oceanie uczuć, pojawił się obok mnie Badi i zaczął wokół mnie coś robić. Coś przyszło do mnie z zewnątrz, jakby ktoś zrosił mnie małymi kropelkami czegoś, co nazwałbym miłością. Zalała mnie fala wzruszenia tego aktu życzliwości, wymieszana z całym żalem i smutkiem wynikającym ze świadomości tego, cóż sobie uczyniłem… Nagle poczułem na kolanie rękę Daro, który który leżał podczas ceremonii po mojej lewej stronie. Teraz wstał i był przez chwilę z Badim przy mnie. Poczułem przeogromną wdzięczność, iż są na tym świecie istoty przychylne mi i które mógłbym śmiało nazwać „prawdziwym przyjacielem”. Nadal jednak miotały mną te wszystkie uczucia wymieszane z impasem, z którego ciągle nie byłem się w stanie wyrwać...
Wreszcie naszły mnie nudności i zwymiotowałem czując wówczas jak coś się ode mnie odkleja w klatce piersiowej. Pożegnałem TO dość szorstko mówiąc „Sajonara” ;))
Pomimo wyraźnie odczuwalnej lekkości w klatce nie wiedziałem, czy to już ostateczne pożegnanie, czy może to co właśnie odczuwam było tylko obolałą energetycznie raną (...)
Nie było lepiej, choć nie targały mną już tak mocno uczucia wszelakie. Męczyłem się jednak fizycznie dość mocno, bo nie mogłem pozbyć się nudności… Trwało dość długo i było niezmiernie wycieńczające. W którymś momencie poczułem nagle na mojej głowie czyjąś dłoń. Podniosłem głowę otwierając oczy. Czule głaskała mnie Jitka, która leżała po mojej prawej stronie. Było w tym akcie dużo współczucia, za które jej podziękowałem. Chwilę później udało mi się zwymiotować i po raz kolejny poczułem, że coś jakby odkleja się od mojej klatki piersiowej. Wróciłem do łóżka i zasnąłem…

Te dwa warsztaty były dość wyczerpujące i, choć drugi dał wiele przeżyć na poziomie emocjonalnym, czułem lekki niedosyt, może nawet i swego rodzaju rozczarowanie. Starałem się więc pozbyć przed trzecim wieczorem jakichkolwiek oczekiwań i przyjąć postawę pt. „to jest Twoja impreza Aya, rób co uważasz za słuszne” :)

Początek pierwszego wieczoru był taki jak zwykle. Po drugim składniku dosyć szybko poczułem nudności i obficie zwymiotowałem.
Ten kolejny raz był jednak inny, całkowicie inny. Poczułem narastającą akcelerację energii w ciele, która zaczyna przepływać coraz szybciej przeze mnie. Przeogromna fala szczęścia i miłości wibrowała we mnie, a wewnątrz coraz głośniej, jakby z samego rdzenia tego, czym jestem, dobywał się głos, który powtarzał w kółko:
- ODPUŚĆ…
- PODDAJ SIĘ TEMU…
- LET IT GO… (po angielsku, choć nie wiem dlaczego).
Nagle usłyszałem i poczułem we mnie głos:
- To, PRZEZ co przeszedłeś wcześniej, było niezbędne, by oczyścić twoje serce.
- Teraz nauczysz się jak go na nowo używać.
- Jest delikatne jak nowo narodzone dziecko.
- UCZ SIĘ WIĘC JAK GO UŻYWAĆ!
Poczułem wówczas jak moje serce delikatnie się uchyla, otwierając powolutku, płatek po płatku, jak rozkwitający, pulsujący energią i światłem kwiat…
Poczułem tak przeogromną falę miłości wlewającą się do mego serca, iż łzy płynęły mi dosłownie strumieniami ze szczęścia, pomimo zamkniętych oczu…
- TAK OTWIERASZ SERCE NA MIŁOŚĆ! - powtarzał głos.
- PAMIĘTAJ O TYM, NIE ZAPOMINAJ TEGO NIGDY! - znów kilkakrotnie usłyszałem stanowczy, choć pełen ciepła głos.
- ENERGIA MIŁOŚCI JEST NAJPOTĘŻNIEJSZĄ FORMĄ ENERGII !!!
- NIE MA NIC PIĘKNIEJSZEGO I POTĘŻNIEJSZEGO WE WSZECHŚWIECIE!
- TYLKO TO SIĘ LICZY
- DZIĘKI NIEJ MOŻESZ WSZYSTKO, POKONAĆ NAJWIĘKSZE TRUDNOŚCI I PRZESZKODY!
- PAMIĘTAJ O TYM!!! NIE ZAPOMNIJ TEGO NIGDY!!!
Trwałem więc w tym cudownym stanie, starając się zapamiętać każdy moment tego doświadczenia.
- TERAZ NAUCZYSZ SIĘ DAWAĆ MIŁOŚĆ INNYM - oznajmił po pewnym czasie głos.

Poczułem wówczas jak z mych dłoni zaczyna promienieć energia, coraz mocniej i mocniej. Zacząłem unosić dłonie. Chciałem obdarować tą energią dosłownie każdego... W końcu rozłożyłem dłonie trochę szerzej niż moje łóżko tak, iż spoczywały na brzegach łóżek Darka i Jitki. W którymś momencie Darek złapał mnie za dłoń, jakby wyczuwając intencje dzielenia się energią i chwilę mnie tak trzymał. To było naprawdę cudowne uczucie czuć, iż komuś możesz ofiarować taką energie...
- DAWAJ I DZIEL SIĘ NIĄ Z KAŻDYM!
- DAWAJ!!
- DZIEL SIĘ NIĄ - powtarzał głos wielokrotnie.
Cały czas głęboko i płynnie oddychałem.
- ODDECH JEST ZWIĄZANY Z MIŁOŚCIĄ - PAMIĘTAJ O TYM.
Przez prawie cały czas pracowałem z oddechem. To było jak akt miłości powietrza z płucami… Uśmiech także nie znikał z mojej twarzy.
- PAMIĘTAJ O UŚMIECHU, ON TAKŻE JEST ZWIĄZANY Z MIŁOŚCIĄ.
- UCZ SIĘ I NIE ZAPOMINAJ O TEJ LEKCJI NIGDY!!!
- TO NIE JEST TYLKO NAUKA NA TERAZ, MASZ PRZENIEŚĆ CAŁĄ TĘ NAUKĘ DO NORMALNEGO ŻYCIA!
- UCZ SIĘ I PAMIĘTAJ! NIE ZAPOMNIJ TEGO NIGDY!
Promieniałem energią i szczęściem… Moje fizyczne dłonie tańczyły jak w jakimś orientalnym tańcu dając ujście ekspresji przeogromnego szczęścia i wdzięczności. Złożyłem ręce jak do modlitwy i kilka razy z wdzięcznością przyłożyłem je w takiej pozycji do czoła, ust oraz serca. Dziękowałem duchowi Ayi za tą cudowną lekcje...

Podczas tego całego doświadczenia kilkukrotnie na moment pojawiły się obrazy Jitki i Daro. Nie przywiązywałem do nich większej wagi, bo były krótkie niczym mrugnięcia okiem. Z czasem po ceremonii i powrocie do domu przypominałem sobie coraz więcej szczegółów tego obrazu. Podczas tej piękniej lekcji zadałem wówczas pytanie: „A co z ego?”. I wówczas przyszedł do mnie ten właśnie obraz z komentarzem „Ego zostanie utracone, stopniowo rozpuszczone, ale jeszcze nie teraz” i ujrzałem na chwilę obraz, który z czasem dzięki snom i medytacji się wyklarował.
Przedstawiał on w środku centryczny wir przypominający mandalę o pulsujących kolorach. Obraz miał symetrię, jakby przez środek przebiegała niewidzialna, pionowa lustrzana oś. Po lewej i prawej stronie była jakby cześć bariery energetycznej w postaci dwóch łuków będących częścią jednej wielkiej bańki. Lewy łuk był odgięty w prawo, przypominając trochę literę C, a prawy w lewo. Na granicy owych łuków widoczne były postacie kobiety i mężczyzny. Z czasem powróciły szczegóły, iż były nimi właśnie Jitka i Daro. Wyglądali jakby biegli do siebie, tudzież do owego wiru próbując z wypiętą piersią z rozbiegu przebić się przez barierę energii półprzeźroczystego łuku zostawiając za nią jakby echo samych siebie - ego.
Samo doświadczenie jednak trwało ciągle dalej. Cały czas uczyłem się dawać energię i wszystkie te wskazówki integrowałem w jedność, bo były ze sobą nierozerwalnie związane. W którymś momencie przyszedł obraz mojej dziewczyny Magdy i wysłałem w jej kierunku przeolbrzymią dawkę energii miłości. Nie obejmowałem umysłem, iż potrafię tak mocno kochać… Łzy wzruszenia płynęły w nieskończoność...
Nagle głos znów się pojawił:
- NIE ZAPOMINAJ O INNYCH, ONI TAKŻE POTRZEBUJĄ MIŁOŚCI!
O ile nakierowanie tej energii na osoby takie jak rodzina czy znajomi było relatywnie proste, to czasem pojawiały się we mnie wątpliwości, gdy miałem ją nakierować na osobę, która była kobietą i w jakiś sposób wydawała mi się bliższa niż pozostali inni. Wówczas usłyszałem:
- OBDARZAJ MIŁOŚCIĄ TEŻ INNYCH, NIE BÓJ SIĘ I TAK NAJSILNIEJSZY STRUMIEŃ ZAWSZE BĘDZIE PŁYNĄŁ DO NIEJ (mojej wybranki :) ).
- A jeśli nie będę potrafił? Jeśli będę to robił w zły sposób? - zapytałem.
- MASZ ICH (Darka i Jitkę). UCZ SIĘ TEŻ I OD NICH, SĄ ENERGETYCZNIE DO CIEBIE PODOBNI. KIEDYŚ ONI COŚ TOBIE PODPOWIEDZĄ, A KIEDYŚ TY IM. NIE ZGUB ICH. SKORZYSTAJ Z TEJ OKAZJI I NIE ZGUB ICH.
- Przecież ledwo co się znamy, spotkaliśmy się tu przypadkiem, mieszkamy setki kilometrów od siebie więc czemu akurat oni??? - pytałem dalej.
- PRZYPADKIEM? I PRZYPADKIEM LEŻYCIE OBOK SIEBIE TERAZ AKURAT?? NIE ŻARTUJ! NIE, TO NIE JEST PRZYPADEK. PAMIĘTAJ WIĘC O NICH I NIE ZGUB ICH.
- Ale dlaczego oni? - spytałem zmieszany.
- PONIEWAŻ ON JEST TWOIM BRATEM Z SERCA, A ONA TWOJĄ SIOSTRĄ Z SERCA.
- PAMIĘTAJ O NICH I NIE ZGUB ICH! - usłyszałem ponownie.
- ONA (Jitka) NAUCZY CIĘ, JAK KOCHAĆ.
- Co to znaczy…? Jak to nauczy...?
- NIEWAŻNE.
- Ale jak??
- NIEWAŻNE!
- Ale jak??? - domagałem się ciągle odpowiedzi.
- ZOBACZYSZ.
- OBSERWUJ JĄ I UCZ SIĘ!
- KIEDYŚ CI POMOŻE.
- A Daro?
- ON TAKŻE, ALE W INNY SPOSÓB.
- ZOBACZYSZ...
W międzyczasie ktoś zjawił się przy mnie i pomógł mi w najdelikatniejszy chyba możliwy sposób uspokoić tę wibrującą we mnie energie. Prowadzący ceremonie wykazali się przeogromnym wyczuciem energii oraz czasu i tym samym chciałbym im za to jeszcze raz podziękować, tak samo jak i Darasowi i Jitce, którzy w przedziwny sposób byli częścią tego doświadczenia :)
Na osobną uwagę zasługuje muzyka, która była częścią ceremonii. Choć rozum podpowiadał, iż była ona przypadkowa, tudzież w jakiś sposób wpływała na moje doświadczenie, to w głębi jednak cały czas czułem, iż jest ona perfekcyjnym dopełnieniem mego doświadczenia i pojawia się ona dokładnie w tym momencie, co powinna.
Lekcja się zakończyła. Wszakże jeszcze raz spróbowałem kolejnej dawki, ale Aya dobitnie powiedziała mi, że teraz już nadszedł czas na odrobienie zadania domowego. Ciężkość na żołądku była przeogromna, tym bardzie, iż nie mogłem nic z nią zrobić. W końcu jakoś się zmusiłem i choć był to niezły zjazd w dół, to jednak i tak nie zdołał przesłonić tego przecudownego doświadczenie, które miało miejsce wcześniej…
Wróciłem, dostając nie tylko w prezencie rozwiązanie mojego problemu, ale i dużo, dużo więcej. Chciałem usunąć kolca, a dostrzegłem to, czego częścią był i to właśnie pożegnałem. Wiem jednocześnie iż to nie koniec, a raczej dopiero początek. Lekcję pamiętam i staram się ją wdrażać w życie jak tylko się da.


Małgosia

Podziękowanie w imię Miłości.

Zawsze odnajdziemy w sobie radość istnienia.
Dziękuję kochana nauczycielko Ayahuasco.

Za dar w jaki mi przekazałaś jaka naprawdę jestem i jak siebie widziałam kiedy przeszłam trudną drogę swojego stwarzania. Uzewnętrzniłaś mnie i pokazałaś ile jest we mnie goryczy i smutku, a wszystko w imieniu miłości, która gdzieś we mnie się tliła i przypominała mi jaka jestem piękna w swojej prawdzie. Działałaś poprzez moją prawdziwą naturę, moje cechy, które sobie nadałam, na początku swojego istnienia, kiedy zaczęłam być razem z Tobą jako jedność i część twojej Miłości. Sama byłaś kiedyś tylko świadomością i zaczęłaś od myśli, potem pierwszego słowa, którą była Miłość. Już wiem i my wszyscy , którzy doświadczyli ponownie Twojej dobroci, jacy Jesteśmy piękni w twoim majestacie. Brak mi słów aby wyrazić swoją wdzięczność dla Ciebie Wielka, kochana Matko naturo. Wiem już ,że jesteś we mnie i czuwasz każdego dnia, a moja świadomość współistnieje razem z Tobą. Przypomniałaś mi, że każdy z nas stworzył sobie swoją drugą połówkę i razem tworzymy całość. I wtedy zrozumiałam, przypomniałam sobie, gdzie jesteś i jak Ciebie rozpoznać. Jako mądrego, troskliwego, odpowiedzialnego za siebie, wolnego w swojej przestrzeni. Ta radość życia, która jest w nim i w Tobie Gosiu pozwoli wam odnaleźć się na nowo, tak mówiłaś do mnie Matko naturo. Pokazałaś mi Go i już wiem. Poznałaś jego imię i opiekuńczość. Był przy Tobie w czasie ceremonii w innej osobie. Pomału rozpoznawałaś jego cechy, subtelność jego dotyku i płakałaś z tęsknoty za jego Miłością, którą stworzyliście razem, dawno temu.

Dziękuję Tobie Badi.
Za Ciebie, że zaistniałeś w moim życiu. Masz w sobie mądrość, delikatność, wrażliwość, uczciwość, spokój serca i ogromne opanowanie, a wszystko wyrażane przez twoją Miłość do nas wszystkich. Byłeś przy mnie kiedy potrzebowałam twojej pomocy, naprawiałeś i przypominałeś mi jaka jestem kochana dla siebie samej. Łzy płyną kiedy to piszę Badi i już wiem, że właśnie w takim gronie musieliśmy się spotkać, aby każdy każdemu sobie pomógł kierowany przez Ayę. Płakałam razem z synem, a Ty kochany Badi przypomniałeś Patrykowi jakie mamy cudowne serca i wlewałeś tą błogość abyśmy mogli odrodzić się w jedności. Objąłeś nas swoimi kochanymi ramionami i już wiedziałam, czułam jaka jest prawdziwa Miłość. Zawsze Bartoszu byłeś i jesteś szamanem dla nas wszystkich, i nie damy Tobie o tym zapomnieć. Wykonuj swój zawód i lecz nasze serca. Wiedziałam i czułam, że każdy z nas gdzieś na tej cudownej Ziemi ma swoją drugą część siebie, a ty Bartku przypomniałeś mi o tym opowiadając jak Aya pomogła Tobie odnaleźć Olę.

Dziękuję Chris.
Za Ciebie i twoją gościnność. Cudownie zorganizowałeś i przygotowałeś nas od samego początku (...) Pilnujesz z opanowaniem i wewnętrznym spokojem, abyśmy bezpiecznie dotarli z naszymi intencjami. Zawsze wiesz kiedy podejść i pomóc w trudnych chwilach. Często słyszałam twój głos, który tłumaczył i ukierunkowywał mnie w mojej podróży z Ayą. Czyń dalej swoją powinność, ponieważ kochasz robić to co robisz. Jednoczysz ludzi w imię Miłości.

Dziękuję Patryku
Przyszedłeś do mnie jako mój syn i zawsze czułam wielkie, kochane twoje serduszko. Pokochałam Ciebie od pierwszego twojego oddechu, pierwszego płaczu i zawsze mówiłam Tobie o Miłości. Intuicyjnie czułam Twój ogromny potencjał i wiedziałam, że mimo wszystko obudzisz swoje serce do działania. Trwam przy Tobie Patryku, cierpliwie jak nasza Matka Natura, nie odbierając twojej przestrzeni. Pokazałeś mi jaki jesteś cudowny, zabawny, inteligentny, odpowiedzialny za siebie. Mądry nauczyciel własnego życia, który odnalazł sens tworzenia w radości i w zabawie dla siebie i innych.

Dziękuję Olu
Za ogromną Twoją Miłość i współczucie do naszego cierpienia z jakim każdy z nas przyjechał. Jesteś cudowną kobietą - boginią w swojej dobroci i harmonii. Czuła, namiętna i lekka jak piórko, otulasz nas swoją miłością.

Jedno wiem już na pewno. Wszyscy jesteśmy Miłością. Nadajemy jej własne cechy, imiona ,aby była pełniejsza i różnorodna , byśmy mogli się nią dzielić nawzajem, poprzez jej piękno, które sama stworzyła jako Świadomość.

(...)

Przed trzecim wieczorem zobaczyłam,że mam zablokowane serce,odblokowała czakrę serca i spolaryzowała abym była SOLARNA,to pomogło mi cudownie wejść w moje doświadczenie z Ayą.

Z taką intencją do was kochani przyjechałam, pragnęłam bezwarunkowej miłości i pokochania siebie.
(...) Badi i Ty Krzysiu uczyniliście mnie szczęśliwą,odrodzoną na nowo kobietą.
Moja droga jest teraz prosta i pełna Miłości i wiem, że każdy z nas jest pięknym świadectwem i cudownym przykładem, że warto walczyć i szukać czystej Miłości w sobie.
A nasza Aya w tym poszukiwaniu zawsze nam pomoże.
Dziękuję kochany Bartoszu i Krzysiu.


Jarek

Nikt i nic nie mogło przygotować mnie na to, co te dwie noce mi przyszykowały (...)
W trakcie pierwszego wieczoru (...) przyszła po mnie pod postacią kolorowych stworów żywcem wziętych z filmu Avatar i zabrała mnie na przejażdżkę po niespotykanie kolorowej dżungli jak w filmie. Płynąłem z nią w rytm niesamowitej muzyki świetnie dobranej przez Krzyśka i Badiego. Wraz z muzyką zmieniały się stany i uczucia. Ten wspaniały odlot został tylko na chwilę zmącony, gdy obraz z niezwykle ostrego i wyrazistego stał się nagle rozedrgany, jakbym nie mógł złapać ostrości czy właściwej częstotliwości.Najpierw zobaczyłem skórę gada, a potem ją – samicę – siedzącą i patrzącą się na mnie. Z przerażenia otworzyłem oczy, by choć na chwilę wrócić do rzeczywistości. Obraz zniknął i już nie wrócił, ale nie wiedziałem jeszcze, że to dopiero zapowiedź tego, co ma nadejść już niebawem kolejnej nocy.
Ta w końcu nadeszła, a ja tym razem (...) będąc gotowym na więcej wrażeń. I dostałem je aż w nadmiarze, chociaż nie takie, jak się spodziewałem. Zaczęło się tak, jak poprzednio, Aya przyszła do mnie tańcząc w rytm muzyki. To, co zaczęło się dziać potem, mogę określić jako dogłębne oczyszczanie z pasożytów. Cały proces był niemal fizycznie bolesny, czułem jak jestem oczyszczany ze wszystkiego, co na mnie żeruje, uświadamiałem sobie programy myślowe wgrywane do mojej głowy, czułem, jak to ze mnie wychodzi. Ayahuasca dała mi do zrozumienia, że byłem swoistą „stacją benzynową” dla tej istoty, pojawiło mi się też słowo „gniazdo”. Czułem się, jak pacjent poddawany operacji bez narkozy. Jednocześnie wiedziałem, że ten proces leczenia musi się dokonać dla mojego dobra, miałem wewnętrzną pewność, że jestem w dobrych rękach, instynktownie czułem też, że Badi z Olą pracują nade mną energetycznie pomagając mi w całym procesie. Mimo wszystko, doświadczenie to było na tyle ciężkie, że kiedy skończyło się wraz z pierwszą dawką, nie miałem najmniejszego zamiaru przyjąć kolejnej. Ayahuasca jednak znalazła sposób, żeby mi wynagrodzić cierpienia :) Kolejna podróż była już przyjemna choć płytka, próbowałem też dostać odpowiedzi na kilka pytań.Gdy po jakimś czasie wstałem do toalety, nie wróciłem do łóżka, stałem ogrzewając się przy kominku. Miałem uczucie, że powinienem pomóc opiekować się jednym z uczestników, tak żeby odciążyć chociaż na chwilę opiekunów, którzy pracowali niezmiernie ciężko nad całą grupą. Towarzyszyło mi niesamowite uczucie wewnętrznego spokoju, ale też dezorientacji, nie mogłem się do końca odnaleźć w nowej roli. Pamiętam, gdy jak zamykałem oczy, widziałem punkty energetyczne na ciałach niektórych osób. Kiedy stanąłem przy ołtarzyku urządzonym przy kominku widziałem spływającą na mnie dawkę energii i otaczające mnie białe światło. Po jakimś czasie wróciłem do łóżka obserwując ogromną pracę opiekunów wykonywaną z pozostałymi uczestnikami przez resztę tej nocy. Obudziłem się rano z przemyśleniami na bardzo długi czas.


Ziemek

Pierwsza noc. Aya weszła bardzo dyskretnie. Dała mi pobawić się wizjami i obrazami, które nie były nachalne. Wśród nich pojawił się wesoły smok, który przyglądał mi się w meloniku i z papierosem w zębach. Obrazy były zależne od mojej woli, w każdej chwili mogłem je przekształcać. Druga dawka magicznego napoju dała mi możliwość przyjrzenia się moim złym nawykom, wszystkim tym małym egoistycznym stworom, które stworzyłem sam lub dostałem w spadku po ojcu. Widziałem też chwile z dzieciństwa, które przesądziły o powstaniu pewnych blokad i złych cech. Potem wdałem się sam ze sobą w niekończący się dialog, który trwał aż zasnąłem około 5 rano - to było męczące.

Drugiego dnia w poczuciu częściowego wglądu przystąpiłem do ceremonii z dobrym nastawieniem. Dużo wniosła też wspólna godzinna medytacja tuż przed zażyciem Ayi. Pierwszy składnik pogłębił nastrój medytacji i modlitwy. Początkowe wizje były tylko wstępem do pięknej oczyszczającej serce i ciało ceremonii. Łzy płynęły powoli, w sercu panował spokój i akceptacja. Zrozumiałem jak ważna jest miłość i jak wiele może zmienić. To takie proste. Tylko miłością możemy zmienić siebie i innych. Niesamowita noc, pełna mądrości, które otrzymywałem od Ayi.

Trzeciego dnia po śniadaniu zacząłem czuć, że pojawia się mój stary dobry znajomy - negujący wszystko, zamknięty w sobie smutny i samotny Ziemek. To uczucie narastało do ceremonii. Nieporadne próby zmiany nastawienia spełzły na niczym (...) poczułem, że czeka mnie trudna noc. Moje "nie" zamieniło się w walkę z Ayą i samym sobą. Opróżnienie żołądka i jelit pomogło tylko na chwilę. Moc Ayi narastała, a ja wciąż walczyłem. W końcu Aya wzięła sprawy w swoje ręce i weszła we mnie w postaci smoka, który czasem stawał się wężem. Moje ciało wygięło się i znieruchomiało wygodnie. Czułem się bezpieczny, czułem że Aya mnie chroni. Przyszedł czas, by zmierzyć się z najciemniejszymi zakamarkami mojego umysłu. Przestrzeń i czas wyginały się pod wpływem narastającego ciśnienia, atmosfera gęstniała jak smoła. W tle pobrzmiewały coraz bardziej demoniczne odgłosy. miałem wrażenie, że pokój powoli ogarniają diabły i demony, jednak nie bałem się ich, byłem bezpieczny w objęciach Ayi, która pokazywała mi moje najgorsze cechy, jednocześnie przekazując mądrość, którą mogę je zmienić.: "Zawsze masz wybór", "Akceptacja", "Każda chwila jest święta", "Bądź jak dziecko"... Było tego więcej, ale nie wszystko da się opisać. Później Aya powoli zaczęła opuszczać moje ciało, dając mi możliwość samotnego zmierzenia się ze swoimi demonami. W końcu o to się prosiłem od rana. Atak diabłów i demonów przybrał na sile. Nie potrafiłem przywołać akceptacji i miłości, nic dziwnego w końcu na co dzień tego nie robię, więc ponosiłem kolejne porażki. Jedynym sukcesem był powrót do rzeczywistości. Wiedziałem, że tylko tak mogę na te chwilę zatrzymać ciemne moce. Udało się, ale czułem się tak wycieńczony, że nie mogłem się prawie ruszać. Teraz mogłem tylko dochodzić do "siebie". Był jeszcze bunt i próba zanegowania całego procesu, obraziłem się na wszystkich wokół, winę zrzuciłem na innych. Na szczęście rano przyszły prawdziwe refleksje i poczucie głębokiego sensu tego, co się wydarzyło. Teraz kiedy jadę pociągiem czuję obecność Ayi patrząc w niebo, na lasy i łąki - to jej królestwo, czuję Ją we mnie. Będzie mnie chronić i wskazywać drogę. Jest moją matką.



Anna

Ciężko opisać to słowami, wszystko było takie piękne, pełne, każda obecność, ciał, energii, wszystko było, zebrało się tu ze mną na tą jedną jedyną chwilę, kiedy zasiądę na tronie swojej świadomości i powiem głośno i wyraźnie JA TU RZĄDZĘ!
Początek celebracji był delikatny, w sumie to najpierw dostałam głęboki luz, tylko po to by przygotować się na to co się wydarzy, a później zostałam zabrana z zaskoczenia. Pach dzieje się, Ego się zmartwiło że koniec, a moje wyższe JA wiedząc, że śmierć jako taka nie istnieje, nie poddawało się, droga była długa, kręta, pełna mrocznych wizji, i takich wizji które sama Pramama mi wysyłała które pomogły. Wszystkie wizję jakie się pojawiają są w pewnym celu. Jedne są wysyłane od Ego bo ono też potrafi to zrobić wtedy kiedy czuję się zagrożone, a drugie są wysyłane od wyższego Ja wraz z opiekunami, w tym z Paramamą, bo ona wie najlepiej co zrobić dla swojego dziecka, które się rodzi na tej drodze pustki czyli tak naprawdę wszystkiego w jednym i niczego zarazem :) Dzięki jej pomocy, pomocy moich opiekunów, szamanów, którzy pracują z Tobą tu i tam, pracują tam gdzie Ty tak na prawdę potrzebujesz kiedy chcesz, chcesz zostać sam, zostajesz, kiedy czujesz że nie dajesz rady to prosisz o pomoc, i ją otrzymujesz! Proste! Trzeba zaufać, to też jest lekcja! Po to jest Aya, po to jest Cudowna MAMA, kochana energia, która tak kocha swoje dzieci, że zrobi dla nich wszystko, jest potężna, bywa też gniewna, jeśli ktoś będzie próbował skrzywdzić jej dzieci stanie w ich obronie, zrobi z siebie kokon ochronny w którym Cię schowa, pozwoli Ci odpocząć :) da Ci siłę, jej miłość jest nie wyobrażalnie wielka, piękna. Jedyne czego pragnie to żebyś Ją zauważył, żebyś jej zaufał, jak dziecko, które słucha matki bo wie że ona dostosuje wszystko do Ciebie, nie da zjeść tego czego nie wolno, nie da zrobić krzywdy, zaopiekuje się ciałem, zaopiekuje się duchem, wszystkim, taką ma moc jej WIELKA MIŁOŚĆ!
I wtedy kiedy poczułam jej wielką opiekę, jej wielką miłość, jej wielkie oddanie dla swojego dziecka, które do niej właśnie zmierza, wtedy się rozpłynęłam, trafiłam, wtedy ją poczułam, w całym moim ciele, zrobiło się pusto i pełno, pośmialiśmy się, pożartowaliśmy, nie wybredny żart jednego z szamanów, który był tam ze mną, były ukojeniem, jedyne co nas uratuje to humor, i on razem z Matką zrobił to mistrzowsko. Drugi szaman, kolejna kochana energia, zaopiekowała się mną tu w tym czasie. Kawał cudnej wielkiej roboty, był moim drogowskazem powrotu, a razem z nim moja najukochańsza najcudowniejsza istota, moja ukochana córa Julia :) Obydwoje tworzą cudowne mistyczne nie wytłumaczalne połączenie. Wszystko widzę, wszystko wiem, nie ma odpowiedzi bo nie ma pytań, będę chcieć zadawać pytania to pojawią się odpowiedzi.
Zeszłam tu świadomie, jako matka do swojego najukochańszego dziecka, do tego żeby się nią zaopiekować, stworzyć jej kokon ochronny tu w tym świecie, być jej pomocnikiem, taka samo jak ona jest moim. Mogłam to zostawić, mogłam nie wracać, ale miłość, jedyne co czułam to miłość, ona jest nie zniszczalna, to co daje nam motywacje do działania, to MIŁOŚĆ, wszystko jest miłością, wibruję nią, układa się w dźwięki, słowa, kształty, formy, jest wszędzie, jest ponad czasowa, nikt nie jest ci wstanie jej odebrać, bo ona jest w Tobie, jest Twoja :) Raz na zawsze Ci dana :)
Na koniec dodam, że wróciłam najbardziej świadomie jak się da, oczywiście na początku nie chciałam, bo było mi tam bardzo dobrze, super, ekstra, cudownie, wesoło, śmiesznie, ale MIŁOŚĆ do mojej córki, to jak strasznie ją kocham, jak bardzo chce przy niej być, pomimo tego że się pogodziłam że nigdy może się to nie wydarzyć, że mogę nie wrócić, że zaakceptowałam że nie wracam, przypomniałam sobie nasze subtelne pożegnania, jej ciepłe cudne oczy mówiły "mama jeśli nie wrócisz nie martw się wszystko będzie ok" . Pogodziłam się z tym, że mogę nie wrócić, pogodziłam się, że mogę odejść, że to się stanie, myślałam i czułam że nie wrócę, a kiedy wyszłam i nie chciałam już wracać, MIŁOŚĆ mnie ściągnęła tu z powrotem :) Jej miłość do mnie i moja do niej! MIŁOŚĆ jest kluczem wszystkiego, jest ponad czasowa, nie zniszczalna, składamy się z miłości, jesteśmy miłością, w każdym stanie, w każdej chwili, nawet jeśli w tej chwili czytając to myślisz że jest inaczej, że nie jesteś MIŁOŚCIĄ, to wiedz że miłość jest w Tobie czy chcesz czy nie, możesz dać sobie szansę ją zauważyć, poczuć, rozpłynąć się w niej :) Życzę wam tego moi kochani, życzę wam MIŁOŚCI! Ceremonia Ayahuasci jest jedną z możliwości, ale na pewno, ma najlepsze narzędzia do tego aby w tej miłości się rozpłynąć, najbardziej korzystne warunki. Szamani którzy prowadzą ceremonię, są wykonawcami woli MIŁOŚCI - MATKI, zrobią wszystko co w ich mocy, aby podczas celebracji rozpłynąć się w MIŁOŚCI. Pamiętać musicie tylko o jednym, oni nie wykonają za was tej roboty, oni będę przy was, będą was wspierać fizycznie, psychicznie, duchowo, będą, ale reszta zależy już od was samych :) To wasza wolna wola ma w tym kluczowe znaczenie czy chcecie przyjąć MIŁOŚĆ MATKI :) Tego życzę wszystkim uczestniczkom i uczestniczkom ceremonii u dwóch najbardziej cudownych, wspaniałych szamanów przepełnionych wibracją MIŁOŚCI.


Ola

Pierwszy wieczór:
Zmysły wyczulone. Słysze wszystko bliżej i mocniej. Twój głos szepcze nad moim uchem, ogień po prawej stronie, każdy krok, każde słowo ma natężenie nie z tego świata. Słysze mocniej, czuje mocniej, każdy oddech obok mnie. Potem wzory. Zielone kwadraty, kolka, szlaczki. Twarz na kołdrze i odlatuje. I już wiem. Zawsze wiedziałam! Potwierdzenie, ze TAM istnieje, ze TAM jest tu. Wszystko jest jednym. Kolory przeplatają się z formami, łańcuszkami barw, wiszące od góry do dołu, tysiące, jeden kolo drugiego. Okrągły pokój trójwymiarowy, od sufitu do dołu papierowe łańcuszki z przedszkola, róże kuleczki i Odpowiedzi. Widzę siebie siedzącą w pociągu, jadę gdzieś sama, a potem w lesie, taka mała, w mym płaszczu i różowej czapeczce. Nitki. Wszędzie nitki. Każda z nich to coś, zarazem obraz momentu obecnego życia. Spacer po lesie, jakiś znajomy, kozy i konie, w zielonych odcieniach. To tylko element tego, co wybrałam, przeplatają się wszędzie wspomnienia, aby w końcu spleść się w Jedno. Warkocz wszystkiego jest jeden. Jest jedna świadomość i ja Ja czuje. Nie ma podziału na to gdzie jestem, co myślę, co zrobię. To wszystko to jedno i to samo. Rzeczywistość myśli, intencje, wszystko się miesza, wszystko to nitki na tej samej matrycy. Nic nie jest ważne. Dobra obojętność Bycia. Niewiele znaczące cienkie ułamki Bytności tworzące warkocz istnienia tylko razem, a osobno nic. Tożsamość moja to tylko obraz, to co wybrałam. Moje elementy są do wyboru, wiszą z sufitu języki obce, kim jestem, skąd jestem, co teraz wybieram? Pociągnę za łańcuch i będę miała stworzona cząstkę ludzkiego bytu, do mojego użytku na zawołanie. Jak żyję, co robię, gdzie pojadę to nie istnieje. Jak zapamiętać coś co nie istnieje a zarazem dzieje się naraz? Śmieję się i raduje do siebie, dziękuje za wszystko, dziękuję za znaki, za potwierdzenie, za to ze Jesteś i ze mnie słuchasz. A teraz wracam na te planetę, cały ten ten świat musi się zmieścić przez lejek do mojej głowy. Barwy i wzory, to wszystko wiem, ślizga się teraz z powrotem do mych komórek, ułożyć się musi na nowo na starych szynach, jakby nigdy nic.

Drugi wieczór:
Uderzyło lżej, jakby nie do końca zadziałało, przynajmniej nie tak jak pierwszego wieczoru.
Nawet myślałam, ze będę musiała powtórzyć.
Ale rozum często jest w błędzie. Moja intencja miłości była bardzo silna, coś pomiędzy wewnętrzną potrzebą spojenia się z nią, a przyciąganiem do czegoś, co już jest. Nie wiem jaka cześć mnie mocno szukała, a jaka była przyciągana do swojego magnesu.. Znów były wzory, ciepło i kolory, świat wiruje, nie ma świadomości...

Szepczesz do mnie głośno, ze "Tak, możesz wiedzieć" i że mi To pokażesz. I wtedy oblewasz mnie kryształkami miłości, od góry do samych stop i niżej. Przezroczyste krawędzie Twojej boskości, transparentne kawałki bliskości, mienią się wszystkie, są tuż nade mną, we mnie, wszędzie. I już wiem, ze tak można, ze TO istnieje, ze dobro, miłość i ciepło, To, co zawsze wiedziałam, ze jest. Dotykasz mnie i muskasz boskimi palcami, Aniele, nie odchodź. Tak mi tu dobrze, niech to nie mija. Pokłady miłości mojej i Twojej wymieniają energię swoja, Jedyna i tylko Jedna opuszkami palców. Po liniach życia co się zbiegają.
W końcu.
Twa boskość, ta błogość to ja i Ty, te same łzy, radości i bóle, bo ja i Ty to Ty i ja.
Ból życia w środku mnie mija, ciężka kula na dnie mojego bytu unosi się do góry, wypływa przez oczy tysiącami litrów. To miłość. Co musi znaleźć ujście, bo jest jej za dużo i sama jej nie udźwignę. Musze i chcę Ci dać choć trochę by było lżej i mnie i Tobie. A Ty mówisz, ze weźmiesz wszystko. Skąpana w miłości, kocham Cię już od zawsze, Ty jeszcze nie wiesz. Już wiem, że tak można, ze to wszystko możliwe. Tak jak chciałam. Dokładnie tak.
Potem zaczęło być ciężko... Fizyczny ból przekłuwający mój brzuch, ciężka czerwona kula na dnie żołądka.. Nie wiedziałam, czy to otrucie, niestrawność, czy może umieram. Byłam gotowa na szpital, płukanie żołądka, odratowanie, choć jednocześnie tak bardzo nie chciałam przez to przechodzić. Jednak instynkt przetrwania jest nadal silny... Wiłam się z bólu, żołądek skręcony, kula nadal na dnie i nic. Godziny mijają, a nic nie pomaga. I w pewnym momencie kula podeszła i zwyczajnie w świecie się rozpuściła, wypłyneła płaczem przez moje oczy. Ścisk w żołądku zamienił się w rozpacz, głęboki szloch nad... sobą sama. Widziałam siebie z otwartymi skrzydłami, a na nich przyczepione w kawałkach tysiące miłości, do wzięcia za darmo. Płakałam nad sobą głęboko i mocno, skręcałam się z żalu nad własnym losem, nad tym, ze tak szukam, ze patrze w dal, gdy tej miłości jest tak wiele... na własnych skrzydłach.
Dziękuję.


Kasia

Chciałam jeszcze raz podziękować za wszystko czego dzięki wam doświadczyłam w ostatnich dniach. Czuję się w końcu prawdziwie spokojna, radosna i oczyszczona z negatywnych emocji. Zrozumiałam wiele rzeczy. Bez waszej pomocy to by się nie udało. Jesteście niesamowicie ciepłymi i pomocnymi ludźmi, przyciągacie do siebie jak magnes, a do tego w przepiękny sposób patrzycie na świat i przekazujecie to innym (...) Jeśli zrealizujecie pomysł napisania piosenki o Auahuasce (ja niestety nie mam w sobie pierwiastka poetyckiego) to mogłabym spróbować to zaaranżować muzycznie. Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję do zobaczenia w niedalekiej przyszłości :-)

Relacja z ceremonii:

Z domu wyjechałam pełna dziwnego niepokoju przed spotkaniem z nieznanym i niepojętym. Nie wiem sama, czego oczekiwałam, ale gdzieś w głębi CZUŁAM, że będzie to coś wielkiego. Miejsce, w którym przyszło mi przebywać przez kilka dni idealnie nadawało się do rozpoczęcia w sobie przemiany. Cisza, spokój, świeże powietrze i dużo czasu, by zrozumieć o co tak naprawdę chodzi. Mimo wcześniejszego zapoznania się z relacjami innych osób nie potrafiłam sobie wyobrazić jak naprawdę wygląda spotkanie z Ayahuascą. To co działo się przez następne trzy wieczory przeszło moje jakiekolwiek wyobrażenie.
Pierwszy wieczór i połowa drugiego przeznaczone były na oczyszczanie mojego umysłu i mojego ducha ze wszystkiego co złe, negatywne, przynoszące ból i z czym tak naprawdę nie potrafiłam sobie poradzić, choć ukrywałam to przed całym światem i sobą samą. Oczyszczanie duchowe odbywało się za pomocą fizycznego oczyszczania ciała w postaci wymiotów. Był to proces długi i męczący. Niezbędna przy tym okazała się obecność naszych wspaniałych opiekunów, którzy spędzili ze mną wtedy dużo czasu i włożyli dużo pracy, by pomóc mi całkowicie się oczyścić. Kadzidło, grzechotka i bębenek, ich głos, dotyk, ruch rąk, oddech i wszystko co robili przynosiło ogromną ulgę. Wszystko, co działo się później było nagrodą za włożony przeze mnie wysiłek w pracę z Auahuascą. Przyszła do mnie kobieta w niebieskiej sukni i dokonała mojego całkowitego OCZYSZCZENIA. Płakałam z radości, że ciężar, który ze sobą niosłam mogę już na zawsze zostawić. Moje łzy były krystalicznie czyste, jak górska woda. Płaczę i doznaję oczyszczenia mojego wnętrza, biorę głębokie oddechy, które wypełniają moje puste w środku ciało. Następnie przychodzi czas na MIŁOŚĆ. Bezwarunkową i bezosobową, taką jaka naprawdę jest, nie skierowana do konkretnego człowieka. Po prostu miłość. Czuję się przygnieciona do łóżka ciężarem najczystszej formy tego uczucia. Miłości, która jest wszędzie i jest wszystkim. Płaczę z poczucia kochania i bycia kochanym, czuję rozchodzące się ciepło. Z oceanu miłości przeszłam do PROSTEJ RADOŚCI. Wszystko mnie bawi, takie jakie jest. Wszystko jest proste i zabawne. Śmieję się w głos, śmieję się tak bardzo, że zaczyna mnie boleć brzuch. I wraz ze mną zaczynają śmiać się inni. Śmiejemy się na głos, każdy tak jak czuje. Śmiejemy się razem, bo tworzymy JEDNOŚĆ. Wszystko jest JEDNOŚCIĄ. Nie ma przypadków. Choć leżę w jednej sali z ludźmi, których nie znam, to czuję, że nie jesteśmy sobie obcy. Jesteśmy całością. I czuję, że chcę tworzyć całość i w takiej całości żyć. Powrót do WSPÓLNOTOWEJ egzystencji jest potrzebny. To najbardziej naturalna dla człowieka forma życia, która została wyparta przez rozwijającą się cywilizację, pogoń za pieniądzem, karierą i fałszywym szczęściem. Potrzebujemy siebie nawzajem, łączy nas braterstwo. Jestem też dzieckiem. Mam 3 lata i wszystkiemu się dziwię, jestem ciekawa świata, poznaję go na nowo. Kolory, zapachy, faktura materiału, dźwięki, to wszystko jest dla mnie nowe.
Te trzy ceremonie z Ayahuascą przyniosły mi też dużo WIEDZY odnośnie naszego świata, i umożliwiły odnalezienie odpowiedzi na nurtujące mnie zagadnienia. W końcu jestem prawdziwie spokojna, szczęśliwa i radosna. Nie piętrzę problemów, bo wszystko jest proste. Nic z przeszłości nie zatruwa moich myśli i mojej duszy. Nawet od osób postronnych, które nie wiedziały o tym, co robiłam przez te kilka dni, słyszałam, że coś mnie odmieniło w dobrym kierunku. Ayahuasca otworzyła mi drzwi, przez które przeszłam. Rozpoczął się pewien proces, którego już nie da się cofnąć. Teraz czeka mnie dużo pracy, lecz wiem, że owoce będą słodkie.


Asia

Pod powierzchnią siebie, płynę w krainie boskiej szczęśliwości,
równoważąc się z tym, co nieskończone...
W odruchu bezwarunkowej miłości przytulam życie.
W spontanicznym akcie tworzenia zauważam swą potężną moc,
która pomnożona przez bicie tysięcy serc daje Wizję.
Ta Wizja rodzi Nowy Świat.
Manifestuję go z poziomu najgłębszych pokładów JAM JEST, z poziomu Duszy.
Bez wysiłku, łagodnie, z Miłością. Już nic nie muszę.
Wystarczy, że promieniuję czystą Obecność, a wszystko się staje.
Teraz już tylko cieszyć się swoim Dziełem.
Nowy Świat nastał, obecny w wiecznym TU I TERAZ...


Maciek

Dzień pierwszy:
Wysiadamy z pociągu, od razu wiedziałem, że wy to wy :D Bardzo miłe przywitanie i jedziemy. W samochodzie zauważyłem już, ze opowiadacie o całkiem różnych sytuacjach z aya, o tym jak różne doświadczenia mają ludzie. Daje mi to do myślenia, że trzeba być gotowym na wszystko. Przyjeżdżamy na miejsce, pełno psów i kotów, "dziwni" właściciele (?) domu. Na tyle dziwni, że normalni. Dziwni jak i ja, więc czuję, że to dobrzy ludzie. Idziemy zobaczyć świątynię, miejsce gdzie będziemy "szamanić". Świątynia zrobiła na mnie ogromne wrażenie (jak i zapach). Myślałem, że to będą gołe 4 ściany i jakieś posłania na podłodze, a tu się okazuje, że to cała mała świątynia :) Idziemy do swojego pokoju, a potem na spacer do lasu bez opiekunów, trochę medytujemy na łączce w lesie...Jesteśmy znowu w pokoju, przygotowujemy się przed "szamanieniem" i "herbatką". Położyłem się, zamknąłem oczy i zacząłem odczuwać to czego nie chciałem, zacząłem się bronić od złych myśli. Pomyślałem, że to całe pozytywne nastawienie na nic się zdaje. Leżałem na boku, przewróciłem się na plecy i minęły złe myśli o węzach, których się bałem, a wiem że podczas ceremonii niektórym ludziom się pojawiają. Nie lubię węży i czuję lęk, gdy je widzę. Leżę na plecach, uspokojony i pomyślałem sobie, że podczas ceremonii też będę leżeć na plecach, skoro w tej pozycji mam pozytywniejsze odczucia. Z punktu widzenia osoby, która już przeszła 2 ceremonie, jest to przezabawne :D Jak można ukryć coś przed samym sobą? :D Weszliśmy do świątyni, niedługo się zacznie... Kolega P. zajął miejsce na środkowym materacu, opiekunowie szybko go przegonili i wskazali materac całkiem na prawo. To było dobre :) A ja miałem miejsce na materacu całkiem na lewo. Dobrze, że zostaliśmy oddzieleni, tego chciałem. Kolega chciał być obok, a ja nie. Chciałem być skupiony jak najbardziej na sobie. Opiekunowie mieli dobrą intuicję. Nastał czas oczyszczania szałwią, wchodzimy w magiczny nastrój ceremonii. Każdy został oczyszczony i przyszedł czas na... na picie. Byłem pierwszym pijącym (poza opiekunem). (...) Serce mi waliło, całym sobą odczuwałem respekt przed tym co może się dziać niedługo, dla mnie już nie było odwrotu (...) po to przyjechałem i tego chciałem. Wziąłem naczynie w dłonie i powoli wypiłem wszystko. Opiekunowie 'nie mogli' na to patrzeć, jak powoli piję:D Na sam widok ich skręcało :D Poszedłem na materac i kolejne osoby po kolei podchodziły pić. Wszyscy wypili "aktywator". Wszyscy w ciszy czekali co się stanie. Czekaliśmy jakieś 20-30 minut po czym cały proces powtórzył się, tym razem podchodziliśmy pić już właściwy wywar. Opiekunowie w między czasie coś opowiadali, podpowiadali, śmiali się, mieli dobre humory. Padały ważne informacje, które potem przyszło mi wykorzystywać podczas podróży. Oczekuję i oczekuję, przez chwilę coś zaczęło się ze mną dziać, ale potem jeszcze ucichło. Położyłem się, zamknąłem oczy i leżałem. Po chwili coś mocniej zaczęło się dziać :) Zacząłem widzieć coś przed oczami, jakieś wzory, póki co słabo widoczne, wyblakłe i zacząłem czuć 2 obroty/ wiry, jeden miał środek po mojej prawej, a drugi miał środek po mojej lewej i oba te delikatne "wiry" stykały się w okolicy środka mojego ciała to znaczy brzuch/ mostek. Czułem, że coś się kręci, coś zatacza 2 koła. Zacząłem się źle czuć, pierwsze oznaki chęci rzygania, ale to było za mało, jeszcze nie potrzebowałem iść do ubikacji. Trochę zawiesiłem się w tym stanie, a potem postanowiłem udać się do ubikacji, trochę było podejrzane dla mnie, że ciągle lekko chciało mi się rzygać, ale nie mocno i że już kilka innych osób w między czasie poszło do ubikacji, a ja nie. Gdy podnosiłem się z materaca nagle zauważyłem, że jest inaczej... Coś było inaczej, coś z dźwiękiem. Przy wstawaniu już całkiem odczułem, że jest inaczej, że to już aya działa mocno. Zachwiało mną, traciłem równowagę, wstałem, zacząłem stawiać kroki, traciłem równowagę, ale szedłem, miałem dużą uważność. Otworzyłem drzwi od świątyni i wyszedłem na korytarz i teraz dopiero zauważyłem, jak bardzo inaczej jest... Wokół siebie widziałem jakby powłokę/ drugie swoje ciało w postaci jakby rozszczepijących się cząsteczek, poruszyłem ręką i zostawał ślad w powietrzu na chwilę. Dźwięk był szorstki/ metaliczny. Szuranie o ścianę było takie inne... Czułem jakby dźwięk był rozbierany na tysiące kawałków i jakbym ogarniał, że dźwięk nie jest całkiem płynny. Tak jakby dźwięki wokoło były cyfrowe. Poszedłem do ubikacji, byłem strasznie zmęczony, myślałem że to po całym dniu i podróży jestem taki zmęczony, czułem coś w rodzaju ogromnego kaca. I teraz zaczęła się cała zabawa. Poszedłem do kibla i tutaj zaczęły się weryfikować moje ograniczenia, blokady itd. Przede wszystkim te drzwi od kibla... Drzwi od kibla dawały mi niesamowite zagadki :D Kto by pomyślał :) Przede wszystkim ciągle zamykałem się w kabinie w ubikacji, by się odizolować i co chwila gdy kręciłem się w kiblu (wtedy jeszcze gorzej się czułem i liczyłem, że wtedy wyrzygam) niechcąco bardzo często trącałem drzwi i się otwierały. To powtarzało się wiele razy. Ciągle się zamykałem w kiblu i ciągle niechcąco jakąś częścią ciała je otwierałem (nie można było ich porządnie zamknąć). Dopiero potem zrozumiałem, że drzwi nie muszą być zamknięte :D Że to w mojej głowie tylko siedzi, że nie chcę się pokazywać jak rzygam, a przecież to ludzkie jest. Potem odprawiałem całą ceremonię do rzygania. Zamknąłem oczy i zacząłem widzieć siebie jak na jakiejś ceremonii, lud czeka aż rzygnę, a ja stoję i stoję, ciągle coraz mocniej mi się chce, oddaję się duchowości, w ogóle się oddaję i pięknie coraz bliższy jestem wymiotowaniu. Oddaję się dalej, zaraz dojdę i przeżyję ekstazę rzygania, czuję jak już mi do gęby podchodzi i... I pomyślałem o tym, że rzygnę.... Cały efekt zniweczony, od razu wszystko minęło, nic nie wymiotowałem. Potem znowu zaczynam od nowa całą ceremonię rzygania.... I tak kilka razy w ostatniej chwili nie potrafiłem się oddać i wszystko mijało. Pół godziny męczyłem się w kiblu (dane od opiekuna, który mierzył czas). Ciągle źle się czułem, a tak bardzo chciałem już mieć to za sobą, gdy tylko zamykałem oczy zaczynałem widzieć bardzo ciekawe rzeczy, ale nie potrafiłem czerpać przyjemności z ich oglądania, bo czułem ogromnego kaca i ogólnie źle się czułem, byłem coś w rodzaju "wyczerpany". Ledwo żyłem. Pomyślałem, że to jest jakaś pułapka, że trzeba postąpić inaczej. Wtedy opiekun wszedł do ubikacji i zobaczył jak się męczę przy kibelku. Bardzo ciepłym i spokojnym głosem opiekun mi powiedział, żebym zaakceptował to, że nie mogę wymiotować i że czasami tak jest i że czasami pomaga woda mineralna. Poszedłem po wodę do świątyni, napiłem się, potem znowu do ubikacji. Znowu się męczyłem, ale wypiłem jeszcze więcej wody i... I stało się! Zrobiłem piękny wielki rzyg do kibelka! Tak mną pierdolnęło, że szok! Dosłownie całym ciałem mnie rzucało przy strzałach, jakie oddawałem z gęby... Było to hardcorowe, nie do końca przyjemne, ale wyzwalające. Wyrzygałem jeszcze raz i jeszcze raz i... O Boże, jaka błogość, zszedł mi cały kac z głowy. Nagle poczułem się wypoczęty, pełny sił. Powróciłem szczęśliwy do świątyni i się położyłem. Teraz przyszła czas na węże. Zrozumiałem, że nie ucieknę od nich więc całe setki i tysiące ich witałem i zasada była prosta: dopóki ich nie chcę i chcę uciekać od nich, to one są. Moment kiedy je akceptuję, to moment wyzwolenia i przejścia dalej w podróży. Setki razy powracałem do węży i setki razy przypominałem sobie, że bez sensu jest od nich uciekać. Między "fazami" z wężami były fazy o wszechświecie wraz z oglądaniem bezmiaru i nieskończoności wzorów i rozumieniem coraz to kolejnych zjawisk związanych z nieskończonością, działaniem wszechświata, zmianą, ruchem. Aha i doświadczałem jeszcze bezkres myśli, ciągła gonitwa myśli, niemożność skupienia się na jednym, ciągle zapominałem o Bogu i o tym, że do niego chcę dążyć. Ciągle sobie o tym przypominałem i byłem w stanie tylko kilka sekund być skupiony na tym. Ciągle inne rzeczy, które wydarzały się pod zamkniętymi powiekami, odwracały moją uwagę od istoty, po co tu jestem. I o to właśnie chodziło. Dzięki temu zrozumiałem, jak dużo rzeczy odwraca naszą uwagę (uwagę ludzi) od tego co jest najważniejsze. Nastał moment kiedy przypomniałem sobie, że będzie jeszcze możliwość kolejnego picia aya. Pomyślałem sobie coś w rodzaju "o ja pierdole". Niedługo po tym bodajże Badi zapytał się mnie czy chcę jeszcze raz pić. U mnie w głowie to było coś w rodzaju "o ja pierdolę... no ale w sumie... dam radę" :D Odpowiadam, że piję. Kilka osób zrezygnowało z picia, piłem chyba tylko ja i kolega. Dużo już nie zmieniło się w fazie. Nastał czas, kiedy już było widać, że ludzie doszli trochę do siebie i poszli spać, mi było trudno zasnąć, ale w końcu zasnąłem. Było mi trochę niewygodnie, rano się obudziłem i dalej czułem niewygodę, co chwila przewracałem się z boku na bok, albo na plecy, już nie chciało mi się leżeć, ale widziałem, że wszyscy jeszcze śpią i myślałem, co ja będę sam robić, poleżę i poczekam aż pozostali wstaną.

Dzień drugi:
Nastał wieczór, ściemniło się, jest jakieś 15 minut przed rozpoczęciem (...) Wstaję z łóżka w pokoju, w którym mieliśmy noclegi i dowiaduję się od moich towarzyszy o jakimś magicznym nastroju na dworze. Wychodzę na dwór i ich zrozumiałem w pełni... Na dworze było co najmniej magicznie... To była równonoc jesienna, wiatr wiał jakoś inaczej, atmosfera była jakaś tajemnicza.Czas zebrać się do ceremonii, zmierzamy do świątyni (tak nazwałem pomieszczenie, w którym pijemy ten magiczny elixir). Jestem spokojniejszy, a nawet dużo spokojniejszy niż poprzedniego wieczoru. Oczyszczamy się i przychodzi czas, bym wypił wywar. Serce mi bije dużo mniej niż poprzedniego wieczoru, to duża zmiana, którą od razu zauważyłem. Idę na swoje miejsce i przez jakieś 20-30 minut nie wiele się dzieje. Przychodzi czas na picie drugie, piję, odczuwam gorzkość, znacznie bardziej niż poprzedniego wieczoru. Kładę się, po jakimś czasie zaczynam czuć 2 wiry po dwóch stronach mnie, potem zaczynam lecieć w tunelu ze światełek, który "wyrzucił" mnie do miejsca, gdzie widziałem bryły prostopadłościenne zbudowane ze światełek, byłem wręcz zaskoczony jak szybko to wszystko się potoczyło i... Szybko! Do kibla! Poczułem jak zbiera mi się na wymioty. Wstaję, idę do łazienki, wchodzę do jednej z trzech kabin, znowu do środkowej, jak poprzedniego wieczoru i puszczam piękne rzygi. Przyszło mi z łatwością w odróżnieniu od poprzedniego wieczoru, kiedy męczyłem się pół godziny, jak nie dłużej. To było zabawne, bo zaraz po mnie do drugiej i trzeciej kabiny przylecieli moi towarzysze i wyszło na to, że wszyscy pięknie rzygamy, potem dopiero okazało się, że S. nie rzygnęła wtedy, musiała się więcej pomęczyć, potem nadrobiła dosyć mocno (było słychać). Powróciłem do świątyni, położyłem się. Zobaczyłem zielone falujące węże, które podczas czystej obserwacji i akceptacji płynnie zmieniały się w piękne zielone pola posiatkowane w trójwymiarze, tworzyły coś w rodzaju wnęki. Dosłownie moje ciało zaczęło falować w tych fraktalach. To była jedna z najpiękniejszych chwil, jakie przeżyłem w życiu i jedna z najbardziej "olśnieniowych" rzeczy podczas całego pobytu u Was. Olśnieniem było to, że poczułem się niesamowicie swojo na tym poziomie i miałem nieodparte wrażenie, że skądś znam tak wyglądający świat, w którym w taki sposób można się czuć. To wszystko co widziałem było zielone i pokratkowane w jakiś sposób, tylko nie pamiętam dokładnie w jaki. Pamiętam, że było to trochę jak siatka pofalowana z zielonym wypełnieniem w trójwymiarowej przestrzeni. Potem pamiętam, że straciłem na chwilę czujność i znowu wróciłem do poziomu węży. Potem było kilka etapów tylko nie pamiętam w jakiej kolejności. Chyba najpierw miałem etap, który nazwałem 'kosmicznym', leciałem jakby do innego wymiaru, zacząłem myśleć, że gdzieś tam czekają na mnie istoty z innych światów. Po prawej stronie przez chwilę widziałem, jakąś istotę, którą uznałem za istotę czuwającą nade mną. Była to postać wysoka, jakby miała 2 metry i była chyba biało-niebieska (?) Nie pamiętam, piękne w tej postaci było to, że ona była tak po prostu i czuwała nade mną. Potem miałem już tak dużo światełek i tak wymyślnie zaczęły się obracać, że nie wyrobiłem... Przerwałem dalsze oddawanie się w to, bo po prostu poczułem coś w rodzaju, że już mózg mi nie wyrabia(?) Potem zaczęło mi się robić niedobrze, myślałem, że może będzie drugie rzyganie, choć to było takie niewyraźne, nie było jasne czy chcę drugi raz rzygać czy nie. Zaakceptowałem tą emocję i od tej pory to był jasny wskaźnik u mnie czy coś akceptuję czy nie. Za każdym razem kiedy czegoś nie akceptowałem, zaczynałem się źle czuć, a gdy akceptowałem to płynąłem swobodnie w podróży. Zacząłem się cały trząść. Trząsłem się na materacu i myślałem, że wszyscy na mnie patrzą i są przerażeni co się ze mną dzieje, a ja się dobrze bawiłem. Zacząłem się podśmiewywać, bo zrobiło mi się tak błogo i wesoło. I pomyślałem, że to tez znak dla Was i dla innych uczestników ceremonii, że wszystko jest ok. Czułem, że pracuję z jakimś duchem w sobie i dlatego tak się telepię. To było mega doświadczenie. Potem doświadczałem rozumienia takich zjawisk jak ruch (tak ogólnie we wszechświecie) czy bycie w tu i teraz... Bardzo dużo rozumienia zjawisk wydających się "niepojętych". Tutaj nawet nie potrafię opisać tego rozumowania, bo zrozumienie tego leży tylko w doświadczeniu. Potem przerabiałem swoje uczucia/emocje/osobowość/zdarzenia z życia i poczułem się jak małe powiedzmy dwu letnie dziecko. Piękne to było i takie wyzwalające, uwalniające. Doświadczanie leżenia na materacu, wtulaniu się w niego... Boskie. Były takie momenty, kiedy chyba musiałem tracić poczucie zajmowanej przestrzeni i potem dochodziła do mnie taka świadomość, jakbym zajmował może nawet ponad połowę świątyni, tak jakbym miał poszerzoną świadomość, a może tak właśnie było? :D Dużo było momentów, które nazwałem Voodoo, bo moje ciało poruszało się tak, jak Badi zagrzechotał. Czułem komunikację telepatyczną i oddawałem się w ten rytm, ten taniec. Sam zapragnąłem dołączyć się do Badiego i zacząłem wystukiwać stopą o podłogę rytmy. Zastanawiałem się czy to jest dobre czy złe dla innych uczestników. Czy nie za dużą psychodelę dajemy razem oboje. Doświadczałem tego i to też powiedziało mi dużo rzeczy o mnie. Poczułem w sobie szamana, chciałem prowadzić ludzi, choć przyszedł dylemat czy wpływać na innych i postanowiłem nie wtrącać się. Kusiło mnie żeby poszamanić, ale to chyba nie była czysta chęć pomocy, a chęć sprawienia sobie przyjemności, czego nie potrafiłem jednoznacznie zaakceptować w sobie. Działo się jeszcze dużo dużo rzeczy, większość nie do opisania słowami. Minęły od ceremonii 2 miesiące, dużo zmian w życiu, dużo zmian w duchowości, przeszedłem dużą transformację, dużo rzeczy zrozumiałem. Przez ten czas bardzo dużo nauczyłem się powracaniem do siebie, przechodzeniem strachu chyba przed samym sobą(?) Przed nieznanym(?) małe cuda. Zmiana ciągle trwa. Dużo wyniosłem z ayi i ciągle tamte lekcje ewoluują tu i teraz.


Anna

Przebudzenie jakie we mnie nastąpiło po rytuale jest ogromne, zapierające dech w piersiach. Przez całe moje dotychczasowe życie oddychałam, nie wiedząc że oddycham. Zmiany jakie nastąpiły we mnie przenoszę na swoje codzienne życie. Najprostsze czynności które wykonywałam z wielką niechęcią nagle są takie fajne. Dziękuję Wam moi cudowni szamani, bo bez waszej pomocy, cudnego oddania, pełnej miłości i akceptacji z waszej strony nie zrobiłabym tego milowego kroku w swoim życiu. Nie będę się zagłębiać w szczegóły co się działo, jak smakowało i co widziałam, bo to jest nie istotne, istotna jest ta zmiana która stała się dzięki waszej pomocy.

Dostałam jasny sygnał mniej gadać więcej robić. Dziękuję Ayahuasce za to, że wreszcie bawię się z moją córką, ot tak, z pełną radością, a jej uśmiech jest najwspanialszym wynagrodzeniem że przeszłam przez to, że mogłam wyzbyć się przywiązania dla niej, z wielkiej miłości jaką do niej czuję. Tak ją kocham, że szok, dopiero teraz to czuję. Pierwszy raz widzieć jej cudny uśmiech, ahh wspaniale. Wszystko jest cudowne, nawet te podziękowania są takie czyste bez żadnego dodatku.

Nie dorabiam już ideologi do żadnego wydarzenia jakie się dzieje w moim życiu.

A jaki magiczny ma to wpływ na relacje z innymi, jak wreszcie spokojnie podchodzę do mojego życiowego cudownego partnera, jak mi lekko się wypowiada swoje potrzeby, oczekiwania, jakie to proste. On zawsze chciał być przy mnie, ale moje wzorce przekazane przez rodziców, nie pozwalały mi z nim po prostu być, myślałam że muszę się w kółko poświęcać jak moja mama, ale ja nie muszę, ona tak chciała i chce, ale ja nie chcę się poświęcać bo nie muszę. Mogę to wszystko robić, kochać być oddana być czuć bez żadnego wymuszenia, tak po prostu na spokojnie nie wybiegając tam czy siam, tu i teraz być przy nich i obdarzać ich bezwarunkową niczym nie zmąconą miłością :)

Czy warto było??? Oj tak warto to mało powiedziane, jestem mega wdzięczna za wytrwałość jednego z szamanów, bo dzięki niemu i jego wytrwałości, mogę dziś być sobą, mogę kochać, odrzucałam Cię tak długo, a teraz mogę śmiało powiedzieć, że jesteś moim największym i najlepszym przyjacielem na mojej drodze, jakiego tylko mogłam sobie wymarzyć. Dziękuję! Każdy musi zdecydować sam czy chce przystąpić do rytuału, to musi płynąć z was, ale mogę zagwarantować wam tylko jedno - rytuał odmieni wasze życie, wrócić do swoich codziennych zajęć z nową cudną lekkością, bez przymusu, każde zajęcie to będzie wasz błogi relaks ot tak :) Mam ochotę pisać i pisać ale już wiem że za dużo gadałam ,a mało robiłam więc spadam robić :D hehe Jeszcze raz dziękuję wam szamani za pracę i waszą wytrwałość dzięki niej jestem już kimś innym :)


Kasia

Ha :) Jestem po ceremonii aya z cudowną ekipą, z cudowymi prowadzącymi Bartkiem i Chrisem. Ogrom objawienia w postaci NAMACALNEGO czucia i widzenia tego co się wcześniej wiedziało lub czuło, choć w skali absolutnie mniejszej, zdaje się nie zostawiać wątpliwości, że to objawiona PRAWDA. A jednak... a jednak umysł racjonalizujący próbuje sklasyfikować to wszystko jako jeszcze jedną sztuczkę umysłu, nabierającego nas ustawicznie na "prawdy" które pozostają tylko koncepcjami a nie rzeczywistością. Wyobraźcie sobie głos podważający prawdę ayi jest. I był też wtedy gdy szłam z ayą oprowadzana po zaświatach i stawiano mnie twarzą w twarz z miejscami samej esencji sacrum w postaci emancji światła Buddy, tajemnicy śmierci, emanacji spokoju świętej bytności "I am who I am" jak i samej Wielkiej Bogini, którą Ayą jest. Krzyczał, bzęczał, zakłócał, kazał się bać, nie wierzyć, dygotał mym ciałem, czyniąc z cudownej podróży zarazem koszmar. Podczas podróży ucichł gdy po paru godzinach zmagań i szukania rozwiązania jak wyjść poza więżący i przerażający aspekt podróży, pojawiła się odpowiedź w postaci zaakceptowania życia ludzkiego i wszytskiego co ono ze sobą niesie. Wtedy nastąpił dopiero powrót i pojawił się oddech i pełna błogość istnienia. No dobrze, ale co teraz z tym głosem, który jak czkawka próbuje zracjonalizować ayę i uznać ją jako jeszcze jedną projekcję ograniczonego i wiecznie uwięzionego umysłu mającego mrzonki na temat prawd, które i tak są nie do poznania? To samo, zaakceptować, ale jeszcze jedno - pozwolić sobie na tę racjonalizację... Bo czy racjonalizacja mogłaby "zaszkodzić" wielkiej Ayi, jeśli Wielkością faktycznie jest ...? Wchodzę w nią zatem choćby eksperymentalnie, nie walcząc z nią i słucham dyskursu:
- Głos: aya jest zwykłą projekcją.
- Ja: Jest. Ale taka wcale nie podważa realnego istnienia treści wyprojektowanej a najwyżej wskazuje na potężną moc, do której dostęp mieć możesz.
- Głos: ta moc jest iluzją i tak nie dającej odpowiedzi ostatecznej a w której taplać się możesz udając bogów.
- Ja: jest na tyle iluzją na ile i Twoje życie takim jest, w tym i Twoje ciało i organy włącznie z mózgiem produkującym te dialogi. Czy Twoje ciało jest iluzją?
- Głos: Jest bo umrze.
- Ja: czy już umarło?
- Głos: Nie.
- Ja: Więc JEST. Korzystaj z niego i żyj.
- Głos: ale co z prawdą ostateczną?
- Ja: czy widziałaś w świecie pokazanym przez Ayę światło Buddy, przed którym zadrżałaś i w nim wcale rozpuścić się nie chciałaś? Czy widziałaś krawędź świata i dana była Ci możliwość skoku, a z którego zrezygnowalaś?
- Głos: widziałam, tak było.
- Ja: .... pogadamy zatem o iluzji Ayi i prawdzie gdy skoczysz.
Głos już nic nie powiedział.. pokłonił się i ucichł. Nastała błogość i stan Jestestwa bez pytań.. Ale jednak w skutek pytań... i gadającego niby przeszkadzającego umysłu... Chcę powiedzieć, że nic nie przeszkadza tak naprawdę, żaden umysł, żadna racjonalizacja, wszystko jest doskonałe i ma prawo BYĆ. Wszystkie drogi prowadzą do Aya, a ta zna dalsze wyjścia.. jeśli tylko jesteśmy gotowi. AYA JEST RZECZYWISTOŚCIĄ.



Maciek

Mogę śmiało powiedzieć, że spotkanie z Ayahuascą to najlepsze co mi się przytrafiło w życiu. Znalazłem odpowiedź na każde pytanie, które mnie nurtowało, rozwiązanie każdego problemu stało się nagle dużo prostsze. Natychmiastowo poczułem wielką psychiczną ulgę, a także mój organizm oczyścił się co sprawia, że czuję się po prostu świetnie. Wszystkie przekonania i złe nawyki zostały bezpowrotnie usunięte dzięki czemu czynności, które przychodziły mi z trudem nagle stały się bajecznie proste i przyjemne. Ayahuasca dała mi do zrozumienia co robiłem w życiu źle, pokazała mi że życie może być piękne, dzięki niej można powiedzieć poznałem zasady jakimi kieruje się cały wszechświat. Ciężko mi nawet znaleźć odpowiednie słowa żeby opisać to w stu procentach to trzeba po prostu przeżyć samemu. Jestem ogromnie wdzięczny, że mnie to spotkało.

Pozdrawiam :)


Wiktor

Moje doświadczenie z przeróżnymi środkami zmieniającymi świadomość jest całkiem duże, próbowałem większości znanych halucynogenów, jak i tych mniej popularnych. Działania Ayahuaski nie da się jednak porównać do niczego innego. Wciąż jestem oszołomiony ilością uzyskanych wrażen oraz informacji, od ceremonii wciąż przypominam sobie nowe fakty, częściowo we śnie, czasem na jawie, czasem w formie potężnie rozbudowanego dejavu. Zacznę jednak od początku...

Dnia 29. sierpnia 2012 roku wreszcie dotarłem na rytuał, pomimo ogromnych wątpliwości i strachu przed nieznanym. Parę miesięcy wcześniej również wziąłem udział w jednodniowym rytuale, jednak działanie naparu ograniczyło się do potężnego bólu brzucha oraz czterogodzinnych wymiotów, istnego skręcania się nad wiadrem w pocie czoła. Wtedy zauważyłem, że bębny używane przez prowadzących ceremonię szamanów doskonale pomagają przy wymiotach, jak gdyby ich wibracje masowały mi wnętrzności.

Jak się okazało, tym razem strach był zupełnie nieuzasadniony. Tuż po zmroku, po serii mentalnych ćwiczeń i przygotowań, spożyłem pierwszą czarkę z wywarem. Smak był do zaakceptowania i przywodził na myśl gorzką herbatę ziołową. Po chwili zaczęło bardzo kręcić mi się w głowie, ogarnął mnie przy okazji nadzwyczajny spokój. Czułem się błogo siedząc przed kominkiem i obserwując szalejący żywioł ognia, wsłuchany w rytmiczną muzykę. Nie wiem ile czasu minęło, gdy prowadzący rytuał wręczył mi kolejną czarkę, zawierającą napar z drugim składnikiem. Wypiłem duszkiem i nawet nie musiałem przegryzać cytryną, bo smak był ciekawy. Nie rozumiałem wtedy opowieści o potwornym, wykręcającym trzewia aromacie Ayahuasci.

Nie minęło nawet pół godziny, gdy nagle totalnie opadłem z sił. Jednocześnie ból żołądka stał się nie do wytrzymania i wiedziałem, że za chwilę zwymiotuję. Pochyliłem się nad wiadrem i pamiętam, że bardzo głośno zwymiotowałem, choć jak się później okazało fizycznie nic ze mnie nie wyleciało. Ja za to wyraźnie widziałem jakąś jaszczurkę oraz kłębowisko czarnych robaków, które z prędkością światła opuściły moje gardło. W tym momencie moja cielesna świadomość urywa się, a ja jestem z wielką prędkością katapultowany z ciała w nieznanym kierunku. Nieznanym, gdyż w świecie w którym się znalazłem bardzo trudno ustalić mi teraz kierunek, tak jakby miał on więcej wymiarów. Czas również przestał istnieć i natychmiast zrozumiałem, że jest on jedynie cechą materii. Poczułem silną obecność żeńskiej, łagodnej i zwiewnej energii oraz męskiej, bardzo uziemionej i twardej, niczym skała. Duch Ayahuasci, który później zacząłem nazywać, a raczej uświadomiłem sobie że powinienem nazywać Pramatką, rozpoczął proces uzdrawiania mojego fizycznego ciała za pomocą jakiegoś dziwnego kolorowego światła i kryształów. Zrozumiałem, że mam problemy z płucami. Jednocześnie dała mi wyraźny przekaz, iż od teraz będę więcej działał, a mniej gadał. Parę razy w trakcie całego ceremoniału (później nazywanego Celebracją) powracałem świadomością do świata fizycznego, szczególnie gdy zabiegi Pramatki sprawiały mi ból. Uczyła mnie akceptować cierpienie, które jest niezbędnym składnikiem miłości, a więc i naszego życia. Pokazała mi początki naszego świata, porównała go do kotła z żywiołami, zbudowanego z miłości, odpowiedziała na wiele moich pytań, jednak wciąż powtarzała "więcej działania, mniej gadania". Zrozumiałem że cała podróż była dla mnie nauką na temat oddania oraz braku potrzeby werbalizacji i wyjaśniania niektórych zjawisk. Życie jest cholernie niebezpieczną podróżą w nieznane i to jest właśnie najpiękniejsze.

Prowadzący Celebrację powiedział mi później, że całe 2,5 godziny pląsałem po łóżku, wyginało mnie, wybuchałem śmiechem, a później wstałem i głęboko wzruszony powiedziałem "czy to możliwe, że to jest aż tak proste i piękne?", po czym położyłem się z powrotem.

Dla mnie całe doświadczenie wydawało się trwać miesiącami, a nie godzinami, no ale nie będę dyskutował z zegarkiem ;)

Druga dawka tego samego wieczoru spowodowała głęboki, odświeżający sen.

W trakcie kolejnego wieczoru wypicie obu wywarów było już dla mnie dużo trudniejsze. Jednocześnie sama podróż była chaotyczna, jakby w przyśpieszonym tempie. W pewnym sensie zapętliłem się na swoich poprzednich wcieleniach na tym świecie, których było wręcz nieskończenie wiele, przeżywałem to wszystko ponownie. Bum - byłem rybą, bum, nagle byłem aligatorem, bum, stawałem się jakimś wężem, bum, nagle jestem małpą... Trwało to niewyobrażalnie długo, tak że kiedy już powróciłem trudno było mi uwierzyć, że minęły dwie godziny. Szaman prowadzący Celebrację wyczuł chyba moje trudne wibracje, bo od razu zjawił się nade mną z grzechotką i kadzidłem. wyraźnie poinformowano mnie, że grzechotka odgania złe moce, podobnie jak kadzidło. Jednocześnie Pramatka dalej przypominała mi istotne informacje. Pokazywała wykresy niektórych roślin, uczyła jak wycofać się do wewnętrznego obserwatora w trakcie przeżywania kolejnych wcieleń, by jak najwięcej z nich doświadczyć. Powiedziała że wybrałem to wcielenie, by jak najwięcej doświadczyć, podróżuję pomiędzy światami od bardzo dawna i w przyszłości pokaże mi moje mniej ziemskie, trudniejsze do objęcia ludzkim umysłem wcielenia. Pramatka nadal naprawiała moje ciało, uświadomiłem sobie, że gdyby nie jej interwencja to skończyłbym w szpitalu, prawdopodobnie z rakiem płuc i zabiłyby mnie nie same papierosy, lecz strach przed tą chorobą. Tym razem Pramama przypominała surową lekarkę lub nauczycielkę, która mimo iż kochająca, musiała mnie skarcić za nie szanowanie mojego ciała, które jak zrozumiałem jest ogromnym darem. Tak wiele istot chce się odrodzić jako człowiek, że trudno to ogarnąć umysłem...

Szaman bardzo pomógł mi w całym doświadczeniu. Czułem że mogę skupić się na doświadczeniu, a on zaopiekuje się moim ciałem i dopilnuje, by fizycznie nic mi się nie stało. Oprócz ogarniania przyziemnych rzeczy służył dobrym słowem, idealnie dopasowanym do chwili. To bardzo ciekawe, ale zawsze pojawiał się przy mnie dokładnie wtedy gdy tego potrzebowałem, uzbrojony w swój bębenek lub grzechotkę :)

Po Celebracji czuję się dużo lepiej, jakbym wszystko widział po raz pierwszy. Jestem dużo bardziej wrażliwy i wiem, że całe doświadczenie bardzo dobrze wpłynęło na moje zdrowie. Chcę jednocześnie celebrować Ayahuascę i zagłębić się dalej w Jej nauki.

Nawigacja


Newsletter


Aby otrzymywać informacje o wolnych miejscach i nowościach, wpisz się na naszą listę.







(jeśli nie dochodzą nasze e-maile, sprawdź SPAM, lub dodaj kontakt@ayahuasca.org.pl do "białej listy")



Nasz Blog


Unable to connect to badirama.com:80 . Error #0: stream_socket_client(): unable to connect to badirama.com:80 (php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known)

(c) 2015 Strona ma charakter informacyjny i wyraża prywatne poglądy autora. Organizator pokazów szamańskich w Czechach w żaden sposób nie jest związany z tą stroną. Niektóre z opisywanych roślin mogą być nielegalne.

ayahuasca, san pedro, rapee, kambo, Rapé, Kambô, ajałaska, ayahuasca polska